Niedawno głos w tej sprawie zabrała szefowa resortu Joanna Mucha. Wygłosiła jedynie zaproszenie do współpracy dla wszystkich, którzy chcieliby pomóc oraz bardzo ogólny kierunek zmian – państwo w większym niż dotąd stopniu postawi na sport masowy, skorygowane zostanie finansowanie związków sportowych, a wsparcie z budżetu otrzymają przedstawiciele dyscyplin uznanych za strategiczne.
Na konferencji padły też stwierdzenia zaskakujące i niepokojące. Szokuje pozytywna ocena, szczodrze wydana projektowi przygotowań do igrzysk o nazwie Klub Polska Londyn 2012. Alarmująco brzmią natomiast wnioski, że w przyszłości trzeba zaostrzyć kryteria kwalifikacyjne i że efektów zmian możemy oczekiwać za 16, najwcześniej 12 lat.
Merytoryka zamiast populizmu
Hasło „Stawiajmy na jakość, a nie na ilość” to nic innego jak populizm, chętnie podchwytywany przez wielu, ale chybiony. Pamiętajmy, że wszyscy nasi sportowcy, aby wystąpić w Londynie, musieli nie tylko spełnić warunki MKOl, ale w większości wypadków także znacznie surowsze, określone przez PKOl. Za ich wyjazd nie płaciło ministerstwo, tylko właśnie PKOl, który dotacji budżetowych nie otrzymuje. Argumenty w stylu: „Igrzyska olimpijskie powinny służyć promocji kraju poprzez walkę sportową na najwyższym poziomie zaawansowania, a nie przez pokazywanie kolejnych niepowodzeń”, pokazują tylko, że Mucha bardziej myśli o odbiorze igrzysk jako imprezy ogniskującej uwagę opinii publicznej niż o merytoryce. Tymczasem nawet laik wie, że o sukcesach w znacznej mierze decyduje doświadczenie, które zdobywa się w kolejnych startach w zawodach najwyższej rangi. Gdyby decydowała o tym Mucha, w Londynie mielibyśmy nie dziesięć, a osiem medali, bo przecież Sylwia Bogacka i Bartłomiej Bonk nie znaleźli się w prawie 150-osobowym klubie Londyn, którego przygotowania współfinansowało ministerstwo. Najwyraźniej nie zostali uznani za rokujących i pewnie w ogóle na igrzyska by nie pojechali.
Przede wszystkim nie do przyjęcia jest jednak mowa o perspektywie 16, czy nawet 12 lat, jeśli chodzi o efekty reform. Owszem, naszych przyszłych medalistów z igrzysk 2028 r., którzy dopiero zaczynają lub zaczną stawiać pierwsze kroki w sporcie, należy dziś zachęcić do jego uprawiania, a potem stworzyć im jak najlepsze warunki rozwoju, ale trzeba równocześnie robić wszystko, by w Rio było lepiej niż w Londynie.
Aby jednak było to możliwe, trzeba rzetelnie ocenić przygotowania do występu w ostatnich igrzyskach. Odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak mało naszych sportowców było w optymalnej formie. Tymczasem Mucha nie wiadomo dlaczego uznała, że model wdrożony przez jej poprzedników – wspomniany system Londyn 2012 – jest właściwy. Zapowiedziała tylko jakieś niejasne korekty.
Wyegzekwować profesjonalizm
Taką korektą jest wprowadzenie pojęcia dyscyplin strategicznych. Pytanie tylko, które dyscypliny powinny zostać za takie uznane. Odpowiedź najprostsza to wskazanie tych, które w igrzyskach mają najwięcej konkurencji – a więc przede wszystkim lekkoatletyki (47) i pływania (34). Z drugiej strony oznacza to kopanie się z koniem. Ze 104 medali zdobytych w Londynie Amerykanie, zwycięzcy klasyfikacji medalowej, aż 60 wywalczyli w tych dwóch dyscyplinach, a pozostałe – w 18 innych.
Pytań jest więcej – np. co z grami zespołowymi? Niewątpliwie budzą one ogromne emocje, ale pochłaniają też ogromne środki, przy czym wysłanie kilkunastoosobowej kadry to inwestycja w zaledwie jeden medal. Mocno niepewny, dodajmy, w historii rzadko bowiem wspinaliśmy się na podium w grach zespołowych.
Wszelkie strategie wezmą jednak w łeb, jeśli nie przezwycięży się głównego problemu polskiego sportu, którym jest fatalne zarządzanie. Od lat większość związków sportowych jest w rękach niekompetentnych działaczy, którzy nie tylko nie mają pomysłu, jak pozyskać odpowiednie przychody, ale też niewłaściwie wykorzystują środki pochodzące z budżetu. O przydziale stanowisk w zarządzie, obsadzie kadry trenerskiej, nawet o wyborze miejsc na zgrupowania decydują układy i układziki. Ludziom tym wydaje się, że są ważniejsi od sportowców. Ostatnio najgłośniejsza była sprawa sztangisty Adriana Zielińskiego, którego związek chciał ukarać za to, że przygotowywał się do igrzysk na własną rękę, bez narzuconego mu trenera i w innym miejscu, niż wskazane przez działaczy. Zawodnik ten w Londynie zdobył złoty medal, a zamiast zwrotu poniesionych kosztów usłyszał ukryte sugestie, że wyjazd za granicę był ucieczką od nadzoru antydopingowego. Takich sytuacji jest wiele.
Potrzebna jest ingerencja z zewnątrz. Mucha zapowiedziała, że spotka się ze wszystkimi szefami związków, ale pomysłu na zwalczenie patologii nie zdradziła. Łatwe to z pewnością nie będzie, bowiem mimo że minister sportu formalnie sprawuje nadzór nad związkami, to faktycznie są to stowarzyszenia autonomiczne. Jedynym instrumentem mającym wpływ na funkcjonowanie tych organizmów, jakim dysponuje Mucha, są dotacje budżetowe. Rocznie organizacje te otrzymują w sumie 160 mln zł pochodzących z kieszeni podatników, co stanowi lwią część ich przychodów.
Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"
