Jak to możliwe, że główny faworyt do olimpijskiego złota nie był w stanie podnieść sztangi ważącej 190 kg? Zdecydowała psychika?
Trudno powiedzieć. Naprawdę do tego startu byłem świetnie przygotowany. Tuż przed wyjazdem na igrzyska dźwigałem ciężary bliskie rekordów życiowych – 200 i 230 kg. To wynik o 18 kg lepszy, niż miał mistrz olimpijski z Londynu.
Jak wyglądały ostatnie godziny przed startem?
O dziwo, byłem spokojny. Przed poprzednimi wygranymi mistrzostwami świata miałem wiele nieprzespanych nocy, był spory stres i duże emocje. Teraz bardzo dobrze się czułem. Rano miałem rozruch, wszystko było OK. Nic nie mówiło, że mogę spalić którekolwiek podejście. Wydawało mi się, że będę w stanie pobić rekord świata. Gdy wychodziłem na pomost, złapałem dziwną blokadę. Kiedy podnosiłem sztangę, była bardzo lekka. Mimo to nie dałem rady podnieść jej ponad głowę. Dlaczego? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Możliwe, że wkradł się błąd techniczny.
Może trzeba było w pierwszej próbie zdecydować się na lżejszy ciężar.
Po to jest rozgrzewka, aby określić pierwszą próbę. Bez problemu wyrwałem 185 kg, wydawało mi się, że 190 to będzie formalność, a potem zacznie się prawdziwe dźwiganie. Poza tym 190 kg to nie jest dla mnie żaden ciężar. Tak naprawdę w każdej chwili powinienem podnieść go do góry. W Londynie się nie udało.
Jakie myśli towarzyszyły Panu po trzeciej nieudanej próbie?
Nikt nie chciałby przeżyć tego co ja. Byłem w tak ogromnym szoku, że nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Po zawodach przebrałem się i poszedłem poza wioskę olimpijską. Chodziłem po Londynie ze spuszczoną głową i myślałem. Wróciłem nad ranem, spakowałem walizkę i pojechałem na lotnisko.
Całość wywiadu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
