Mój stan wobec rozgrywających się igrzysk jest podobny. Z jednej strony całym sercem kibicuję polskiej drużynie, życzę jej zdobycia mistrzostwa Europy, a nawet świata. (Że nie jest to niemożliwe, przekonała mnie znajoma, z którą oglądałem mecz, pytająca w pewnej chwili „A dlaczego nie gra Argentyna?”).
Z drugiej strony wiem, że nawet skromne zwycięstwo zostanie zdyskontowane przez ekipę Tuska jako wielki sukces Platformy Obywatelskiej w całości, a lidera szczególnie (już teraz drgnęło im w sondażach!). Ergo im lepszy wynik, tym bardziej oddala się perspektywa pożegnania z Doniem.
Upraszczam. Jednego nie można PO odmówić – umiejętności marketingu medialnego. Można powiedzieć, co to za sztuka w warunkach prawie pełnego monopolu... Cóż, znaleźliby się tacy, którzy mając pełny monopol, potrafiliby to spieprzyć (nazwiska do wiadomości redakcji).
Przykładem udanej manipulacji – rozgrywka z A2.
Jak wyszło z autostradami i drogami ekspresowymi, każdy widzi (a przynajmniej powinien widzieć). Zawalono plan minimum, a nawet tu i ówdzie dokonano regresu (droga katowicka). Teoretycznie trudno znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie – przewalono gigantyczne pieniądze, które znikły nie wiadomo gdzie, podwykonawcy idą z torbami, wykonawcy ogłaszają bankructwo. I co w tym momencie robią nasze Goebbelsiki? Koncentrują całą uwagę społeczeństwa na odcinku C autostrady A2, doprowadzając do napięcia znanego każdemu z miłośników filmu sensacyjnego – zdążą–nie zdążą.
Zdążyli! Autostrada przejezdna! Niebywały sukces! Pozytywne emocje! Drogowcy piją szampana. Tusk może odwiedzić swego osobistego Obamę.
My sami – zaplute karły pisowskiej reakcji – łapiemy się na satysfakcji i już planujemy odwiedzić ciocię w Berlinie. W stanie euforii przymykamy oczy na cały pozostały gnój. A co dzieje się w duszach obywateli niezdecydowanych politycznie, nie mówiąc już o sympatykach PO? Wielki emocjonalny reset!
Igrzyska są, chleb, cokolwiek spleśniały, też.
Ave Donek, emerituri te salutant!