Czy po tym, jak dostał się Pan do Sejmu, ma Pan jeszcze czas zajmować się sprawami kibiców?
Oczywiście, że tak. Ostatnio złożyłem kilka apelacji. Pierwsza dotyczyła sposobu, w jaki potraktowani zostali kibice Legii w Bukareszcie. Druga to wyjątkowo nieprzejrzysty proces sprzedaży biletów na Euro 2012 i sposób funkcjonowania Klubu Kibica Reprezentacji Polski. Kolejna – sprawa kibica Zawiszy, którego policja próbowała wrobić w udział w zamieszkach, jakie miały miejsce na meczu z Widzewem. Funkcjonariusze przedstawiali jako dowód tylko zdjęcia, podczas gdy dysponowali również filmem, który wykluczał tamten dowód.
Wraca konflikt na Legii. Kto według Pana jest temu winien?
Zarząd zabronił kibicom wnoszenia na stadion elementów oprawy, a nawet flag i transparentów. W ten sposób chciano nie dopuścić do manifestacji historycznej związanej z datą 10 kwietnia. Posiadanie flag na trybunach nie jest sprzeczne z przepisami ustawy o organizacji imprez masowych i zakazywanie ich wnoszenia jest wbrew regulaminowi.
Jednak Legia po co drugim meczu płaci kary, choćby za rzucanie przez kibiców petard na boisko. Co ma więc zrobić, aby tego uniknąć?
Klub ma mechanizmy reagowania. Przy takim nasyceniu kamerami, z jakim mamy do czynienia na stadionie Legii, zidentyfikowanie osób najbardziej aktywnie łamiących przepisy nie stanowi problemu. Wobec takich kibiców władze klubu mogą orzec zakazy stadionowe i z tego, co wiem, z tej możliwości korzystają. Do tego dochodzi możliwość roszczeń regresowych wobec osób, z których winy klub ponosi straty, tzn. występowania na drogę sądową o odszkodowanie. Klub powinien zadbać raczej o to, by spełnić wszystkie wymogi organizacji meczu. Pamiętamy kuriozalną sprawę ze śnieżkami, którymi kibice rzucali w piłkarzy podczas meczu Legii ze Sportingiem Lizbona. Prawda była taka, że Żyleta, czyli trybuna zajmowana przez najbardziej zagorzałych fanów, była jedyną, która nie została odśnieżona. Przytoczę też słynną sprawę Wojciecha Brauna ps. "Kelner", kibica Legii, wobec którego nie orzeczono ani zakazu sądowego, ani klubowego, a któremu od czterech lat odmawia się prawa do zakupu biletu na mecz. Odmowa usługi będącej w ofercie jest kompletnie bezprawnym działaniem, stanowiącym pogwałcenie gwarantowanego konstytucyjnie dostępu do kultury. Mecz to nie jest impreza prywatna. Jeśli byłaby takową, to klub musiałby zapłacić za usługę policji i ponieść wiele innych koszów, które są pokrywane z kieszeni podatników.
Legia twierdzi, że organizowania opraw zabroniła policja.
Na szczęście w naszym kraju prawo stanowi parlament, a nie policja. Wydanie jakiegoś okólnika to działanie rodem z PRL-u, absolutnie bezprawne. Podobne działania miały też miejsce przed meczem Legia – Korona (w maju ub.r. – przyp. red.), wtedy też zabroniono wniesienia sektorówki, rzekomo aby zapobiec ukrywaniu twarzy przez kibiców chcących łamać prawo.
Jak by Pan porównał relacje między skalą incydentów a rygorystycznością przepisów w Polsce i za granicą?
W tym zakresie mamy najbardziej rygorystyczny i policyjny system w całej Europie. Nawet powstanie z krzesełka albo zajęcie innego miejsca niż wskazane na bilecie może być przyczyną dotkliwych sankcji. Instytucja zakazu klubowego jest niekonstytucyjna. Każdy obywatel ma prawo do sądu, nikogo nie wolno pozbawić instytucji odwołania, a w wypadku zakazów orzekanych przez kluby tak właśnie jest. Trzeba poprawić błędy popełnione przy tworzeniu tych ustaw.
Całość wywiadu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
