Jest pani niemal na mecie przygotowań do nowego sezonu. Jak było?
Tradycyjnie było ciężko. Człowiek podświadomie chce oszukać, ściąć chociaż jeden zakręt, ale przecież nie o to chodzi. Szukaliśmy nowych rozwiązań, dlatego wybraliśmy się do Nowej Zelandii. Trafiliśmy na konkretny wygwizdów, nie było nawet sklepu, więc mogłam skupić się tylko na pracy. Jak uszczknąć kolejną setną część sekundy? Dużo pomógł mi Maciej Kleczmer, który trenował wraz ze mną. Początkowo miałam zapał 15-latki, on był niczym 20-latek i ścigaliśmy się jak durnie. Ale potem moje ciało zaczęło przypominać mi, że nie jestem z żelaza, wtedy zapał opadał.
Co się działo?
Miałam bardzo ciężką kontuzję kolana. Są to sprawy zwyrodnieniowe, które narastają od kilku lat. Doktor Robert Śmigielski zrobił swoje czary-mary i na razie wszystko jest w porządku. W każdym razie, w nowym sezonie, chcę zmienić swoje podejście. Do tej pory startowałam zawsze, bez względu na stan zdrowia. Nie lubię się poddawać, bo moim zdaniem nie idzie to w parze z duchem sportu. Ale koniec z tym! Od teraz, jeśli mój organizm będzie tego wymagać, pozwolę sobie na rezygnację ze startu. Mam nadzieję, że dorosłam do tego, by umieć podjąć taką decyzję. Muszę pamiętać, że mam jedno zdrowie.
Czy jest pani już przekonana, że po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi w 2014 roku kończy karierę?
Może to być moja meta lub początek czegoś bardzo fajnego. Nie mam pojęcia co się stanie w 2014 roku. Może jeszcze trochę pobiegam? Do czterdzieski jeszcze trochę czasu.
Teraz, po zakończeniu kariery przez Adama Małysza, zimowe oczekiwania kibiców skupią się na pani. Uda się udźwignąć taką presję?
Poradzę sobie. Takiej presji, jaka ciążyła na mnie przy okazji Igrzysk Olimpijskich w Vancouver nie przeżył chyba żaden polski sportowiec. Skoro wtedy przetrwałam, myślę, że teraz może być tylko lepiej.
Wywiad w całości ukazał się w dzisiejszej „Gazecie Polskiej Codziennie”
