Jeśli chodzi o rządową drużynę, którą Donaldinio podczas ostatniej konwencji PO porównał do FC Barcelony, to niedoróbki związane z najdroższymi stadionami świata i autostradami potwierdzają, że Polska jest krajem bogatym, gdzie nawet w dobie unijnego kryzysu ekonomicznego są równi i równiejsi. Na szczęście w stolicy Wielkopolski od kilku tygodni sprawę bada CBA, natomiast na pozostałych „Areno-bublach” panuje cisza przed burzą. Jako przykład, który natychmiast powinien zainteresować prokuraturę, tylko broń Boże nie tę nieZAWISŁĄ i nieZALEŻNĄ, która umorzyła aferę hazardową, podam, że prezes Narodowego Centrum Sportu, Rafał Kapler, w 2010 r. otrzymał na rękę 62,5 tys. zł nagrody, a jego dwaj „wickowie” po 20,2 tys. zł premii netto. Na pytanie, dlaczego za spartoloną robotę zostały przyznane tak ogromne pieniądze, minister sportu Adam Giersz stwierdził, że wynikają one z umów. Ciekawe, kto w imieniu rządu RP za pieniądze podatników podpisał takie lukratywne kontrakty? Warto również wyjaśnić, czy zapowiadany na wniosek oburzonego premiera zwrot ponad 100-tysięcznych nagród, przydzielonych przez byłego ministra-hazardzistę Miro D. prezesom spółki Euro 2012., został zrealizowany.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że drużyna rządowa i większość sejmowa zamiecie pod dywan tę aferę. Jestem jednak przekonany, że po wyborach, gdy PiS zwycięży i zostanie powołana Eurokomisja sejmowa, to wówczas spełni się „kongresowe marzenie Donaldinio”. Oglądalność telewizyjnych transmisji obrad komisji będzie porównywalna z oglądalnością spotkań z udziałem drużyny FC Barcelona. A póki co, pan premier w swoim expose na forum parlamentu europejskiego poleciał po całości z „gierkowską propagandą sukcesu”, czym wywołał zdumienie światowych mediów, które nie mogą zrozumieć, jak w dobie największego kryzysu w historii Unii można tak optymistycznie bajdurzyć! Być może Donald Tusk liczył, że truskawki, tym razem nie lepsze chorwackie, tylko gorsze, polskie, osłodzą niesmak eurodeputowanym, którzy byli skazani na słuchanie tych bredni. Teraz Europejczycy z niecierpliwością czekają na wystąpienie ministra-degustatora Sikorskiego, bowiem liczą, że truskawki zostaną zastąpione węg…, o przepraszam, polskim winem.
Skoro tak działa i funkcjonuje obecna władza, to trudno, żeby piłkarska federacja nie skorzystała z szansy powielenia wzorców w swojej tfu-rczej działalności. Potwierdza to 3-proc. haracz, jaki PZPN pobiera od każdego transferu, który podobno jest przeznaczony na futbol młodzieżowy. W cywilizowanej Europie narodowe federacje wspomagają futbol młodzieżowy, ba, płacą klubom za występy ich przedstawicieli w reprezentacji. U nas kadrowicze nie są nawet ubezpieczeni (jak Marcin Gortat) na wypadek odniesienia kontuzji podczas reprezentowania barw Polski. Wyliczankę patologii naszej skopanej należy zacząć od „Biedronek Smudy”, które z przestępcami i „sfrustrowanymi farbowanymi Polakami” w składzie są pośmiewiskiem w futbolowej Europie, czego efektem jest wystawianie przeciw nam rezerwowych reprezentacji (Litwa, Grecja, Francja, o juniorach argentyńskich aż wstyd wspominać). Jeśli do tego dodać działalność PZPN, w którym szarymi eminencjami są byli agenci, tajni współpracownicy i kapusie, to nie dziwota, że skopany związek jest najbardziej znienawidzoną organizacją, nie tylko przez kibiców. Jednak prezes PZPN Grzegorz Lato ma się dobrze pod każdym względem, o czym świadczy rozmowa kwalifikacyjna, jaką odbył z kandydatem na dyr. sportowego kadry, Grzegorzem Mielczarskim. Mielczarski odmówił, a w jednej z gazet całą rozmowę z prezesem sprowadził do jednego zdania. „Prezes zapytał: »Grzegorz, ile chcesz zarabiać za medialne występy, które muszą poprawić wizerunek kadry i PZPN?«” .