Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Zawsze starałam się chronić dzieci - mówi Jadwiga Morawiecka "Gazecie Polskiej"

- Nigdy nie bałam się o siebie. Jedyny strach, jaki mi towarzyszył, to lęk o dzieci – co się z nimi stanie, jak mnie zabiorą i aresztują. Wiedziałam, że wtedy z dziećmi będzie dramat i o nie się jedynie bałam – mówi Jadwiga Morawiecka, mama premiera Mateusza Morawieckiego, "Gazecie Polskiej" w rozmowie z Dorotą Kanią. 

Autor:


Mija 39 lat od dramatycznego 1981 roku. Jak go Pani wspomina?

Ten rok był bardzo szczególny dla naszej rodziny. 1 grudnia zmarł mój ojciec, który mieszkał w naszej chacie – „Kornelówce”, czyli domu, który sami wybudowaliśmy w Pęgowie. Była bardzo ciężka zima, musieliśmy przygotować pogrzeb. Został pies, zostały koty, został dom bez opieki. I wtedy Mateusz, który miał wówczas 13 lat, powiedział, że pojedzie do Pęgowa. I był tam aż do ostatniego pożegnania dziadka, które odbyło się na miejscowym cmentarzu.

13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny...

Przyszli do naszego mieszkania we Wrocławiu o dwunastej w nocy. Kornela nie było – byłam sama z dziećmi. Zawsze starałam się chronić dzieci, niczym ich nie narażać.

Powiedziałam więc przez drzwi, że męża nie ma w domu. „Proszę nam otworzyć” – usłyszałam. Powtórzyłam im, że nie otworzę, bo jestem sama. Zagrozili, że wyważą drzwi, na co stwierdziłam, że otworzę okno i będą krzyczała: „Ratunku!”. I wtedy się wycofali, Myślę, że nie chcieli hałasu i zamieszania.

Milicja już dała Pani spokój?

Ależ skąd! Przyszli pół godziny później, ale już spokojniejsi. Powiedzieli, że muszą sprawdzić, czy rzeczywiście jestem sama z dziećmi. Odparłam, żeby w takim razie przyszli z sąsiadem, bo inaczej ich nie wpuszczę. Ku mojemu zaskoczeniu, tak zrobili – obudzili sąsiada i weszli z nim do naszego mieszkania. Sprawdzali w szafach, w łóżkach, pod kołderkami dzieci. Poszli dopiero wtedy, gdy przekonali się, że rzeczywiście męża nie ma w domu.

A później były święta Bożego Narodzenia, z wojskiem i ZOMO na ulicach, z godziną milicyjną.

To był bardzo trudny czas. Nie było mojego taty, Kornel się ukrywał. Powiedziałam dzieciom, że nigdzie nie sprzedają choinek, więc Wigilia będzie bez niej. Ale za parę godzin zjawił się Mateusz z choinką – pojechał do Pęgowa i wyciął drzewko. I mieliśmy pachnącą lasem Wigilię. Tyle tylko, że drzewko nie było ubrane – było zbyt smutno, by myśleć o strojeniu choinki.

Włączyła się Pani w działalność opozycyjną?

Miałam poczucie, że nic nie robię: mój mąż działa, inni naokoło konspirują, moi przyjaciele coś robią, a ja nie, poza tym, że rozprowadzam ulotki. Widziałam zaangażowanie ludzi, z którymi się przyjaźniłam, m.in. państwa Trąbskich z ROPCiO [Ryszard i Helena Trąbscy z wrocławskiego oddziału Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela – przyp. red.], Anny Walentynowicz, którą znałam i bardzo ceniłam. Kilka miesięcy po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki, w pewnym momencie zadecydowałam: jadę na głodówkę organizowaną przez Anię Walentynowicz. Głodówka odbywała się w Bieżanowie pod Krakowem, a prowadził ją ksiądz Adolf Chojnacki, który był proboszczem w miejscowym kościele. Był to bardzo życzliwy, ujmujący człowiek. Kościół był w budowie, plebania nie była jeszcze wykończona, ale ksiądz nas bez problemu przyjął. 


Całość wywiadu w świąteczno-noworocznym numerze tygodnika "Gazeta Polska"

Autor:

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane