Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Zasadnicza służba wojskowa nie na rękę politykom. Koniec tabu

Ludzie władzy nie chcą rozmawiać o powrocie zasadniczej służby wojskowej, bo w czasie nieustannej kampanii wyborczej i skrajnej polaryzacji światopoglądowej każdy czas uważają za niedobry. Daleko mi do politycznej sympatii wobec Sławomira Mentzena, ale należy docenić, że jasno i wyraźnie zabrał w tej sprawie głos. Niestety, dzisiaj problemem nie są wyłącznie sprawy organizacyjno-techniczne, ale kilka dekad przysposabiania Polaków do życia w skrajnym indywidualizmie i logice prywatyzacji wszelkich społecznych relacji.

Eksperci ds. armii i obronności nie mają wątpliwości: rządzący Polską prędzej czy później będą musieli zdecydować o odwieszeniu zasadniczej służby wojskowej (ZSW). Jeszcze dla moich roczników, urodzonych na przełomie lat 70. i 80., pijani i agresywni rezerwiści oraz ich ni to rzewne, ni to przemocowe opowieści o tzw. fali w pociągach i na dworcach kolejowych to najlepszy dowód, że lepiej ominąć to szczęście szerokim łukiem. 

Społeczny odbiór zasadniczej służby wojskowej był naprawdę fatalny, nie tylko wśród inteligencji i klasy średniej: znałem ludzi z popegeerowskich wiosek, którzy w połowie lat 90. twierdzili, że wolą się wystarać o „żółte papiery” niż trafić do wojska. Nikogo nie przekonywało, że rezerwista umie samodzielnie zacerować skarpety, poznał, co to tęskny płacz niejednej panny, wojskowy dryl i prawdziwa męska przyjaźń z koszar.  

Psychiatra zrujnował siły zbrojne

W takiej atmosferze upłynęły długie lata przemian. W 2008 r. resort obrony, kierowany przez ministra od zwijania wojska, z zawodu – psychiatrę, czyli Bogdana Klicha z Platformy Obywatelskiej, zdecydował o zaprzestaniu poboru. Dwa lata później zawieszono go na dobre. 

Tyle że stało się to w coraz gorętszej atmosferze geopolitycznej, gdy Rosja raz za razem udowadniała, że wraca na imperialny, militarny kurs. W tamtym czasie kraje skandynawskie nie odpuszczały – dekada za dekadą, nie oglądając się na złudzenia lat „dywidendy pokoju”, twardo inwestowały choćby w obronę cywilną i przysposobienie obronne. W Polsce jednak – politycznie i mentalnie – przeważał kurs na wiadomy reset, święty spokój i koniec historii, podbudowywany opiniami, że „jesteśmy przecież w NATO i Unii Europejskiej”. 

Rezygnacja z poboru wpisywała się w szerszy trend: społeczeństwo potraktowano wyłącznie jako zasób rynkowy, wszelkie zobowiązania wobec wspólnoty zindywidualizowano. Padł nie tylko pobór, właściwie od końca PRL sparaliżowana była obrona cywilna. Zdecydowała nie tylko platformerska koncepcja coraz tańszego i jeszcze bardziej dziadowskiego państwa, liczyła się również ekonomia, dogmat, że to „rynek ma zawsze rację”, więc jakiekolwiek cele społeczne i propaństwowe muszą ustąpić przed jego wymaganiami. 

Rzecz nie dotyczy tylko poboru. Kilka dni temu na branżowym portalu Defence24.pl przeczytałem interesujący artykuł Wojciecha Michalskiego „Białoruś i Rosja szykują młodzież do wojny. Polska przespała przygotowania Wschodu”. Ekspert wyjaśnia, że wspomniane państwa coraz więcej i bardziej inwestują w przysposobienie obronne: „Podwojenie liczby godzin z edukacji wojskowej, szkolenia strzeleckie, obozy wojskowo-patriotyczne, nauka operowania i budowy dronów FPV czy wizytacje w jednostkach wojskowych – to jedynie pojedyncze elementy nowej reformy systemu białoruskiej i rosyjskiej edukacji. Co trzeba podkreślić, zmiany obejmują wszystkich uczniów. Profil klasy, do której uczęszczają, nawet tej ukierunkowanej na przyszłą służbę w formacjach umundurowanych, nie ma tu znaczenia”. 

Jak budować militarne kadry?

Na tym nie koniec. W białoruskich szkołach podstawowych i średnich pracują instruktorzy „wychowania wojskowo-patriotycznego”, czyli byli oficerowie białoruskich służb. Za naszą wschodnią granicą powstają pozaszkolne kluby wojskowo-patriotyczne dla dzieci i młodzieży w wieku od 11. do 17. roku życia, tworzone przy Siłach Zbrojnych, MSW, KGB i posterunkach Państwowego Komitetu Granicznego. 

Po szczegóły odsyłam do wzmiankowanego tekstu – czarno na białym wyjaśnia on, jakimi metodami Rosja i Białoruś remilitaryzują dzieci i młodzież. Nie trzeba chyba nikomu wyjaśniać, że tego rodzaju masowe przeszkolenie czyni potencjalnych rekrutów zupełnie innym materiałem na żołnierza niźli ludzi, którzy całe życie szkolne unikali WF i z łapanki trafili do wojska w chwili konfliktu zbrojnego. 

Rzecz nie tylko w predyspozycjach do strzelania z broni palnej, kierowania wozem bojowym czy sterowania czołgiem. Warto uświadomić sobie, że indywidualne predyspozycje/nabyte umiejętności strzeleckie nie czynią nikogo jeszcze jednostką dobrze współpracującą w ramach grupy bojowej w warunkach mocno podwyższonego stresu. Każdy, kto żył choć jakiś czas w hierarchicznej, sformalizowanej strukturze, wymagającej bycia dyspozycyjnym niezależnie od naszego widzimisię, doskonale wie, o czym mowa. 

Rosjanie i Białorusini uczą dzieci i młodzież nie tylko obsługi broni, uczą sprawnej współpracy w grupie i w terenie, w warunkach „bojowych”. Pełne pogardy opinie, że to tylko „mięso armatnie”, nie oddaje całej prawdy: wojsko to hierarchia, a dzisiaj szkolona młodzież zasili armie naszych „miłujących pokój” sąsiadów na bardzo różnych szczeblach. Talenty z klasy ludowej łowi się nie tylko na szkolnym boisku do piłki nożnej.

Co różni III RP od II RP

Nie mydlmy sobie oczu, jesteśmy naprawdę zatomizowanym społeczeństwem. Niestety, niebezpieczeństwo pełnoskalowego konfliktu Rosji z NATO postawi pytanie o konieczność odtwarzania na bieżąco wojskowych kadr. Parafrazując Bułata Okudżawę: „trzech smutnych żołnierzy” z pewnością czeka parszywy los. 

Warto przy okazji uświadomić sobie, że II RP mocno stawiała na młodzieżowe organizacje paramilitarne. Przedwojenna Polska wyrosła na krwi wojen i powstań. Dzisiaj, jak się zdaje, nie tylko nasze elity, ale niemała część społeczeństwa woli widzieć sprawy wojska i obronności przez pryzmat „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška albo „Paragrafu 22” Josepha Hellera. 

Gdy czytam inteligenckie teksty na ten temat, także prawicowych autorów młodego pokolenia, widzę ich narastające przerażenie przed przywróceniem zasadniczej służby wojskowej. Mówiąc półżartem, półserio – obowiązkowe pójście w kamasze naruszyłoby również ich akademicko-kawiarniany przywilej. I nie chodzi nawet o najgorszy możliwy, wojenny scenariusz – wojsko to po prostu społeczny miszmasz, gdzie ludzie z klasy ludowej będą potrafili sobie odbić na inteligentach.   

Politycy nie chcą rozmawiać o powrocie zasadniczej służby wojskowej, bo w czasie permanentnej kampanii wyborczej i skrajnej polaryzacji każdy czas uważają za niedobry. A przecież prędzej czy później ta sprawa stanie z całą mocą. Eksperci od obronności mówią jasno: rezerwy dla armii zawodowej lepiej przygotowywać w czasie pokoju niż wojny.
 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska