Do wypadku doszło trzy lata temu w jednej z firm w Choroszczy k. Białegostoku. W czasie transportu dwóch stalowych belek o wadze około pół tony każda, na nieutwardzonej powierzchni, gwałtownie przechylił się wózek, na którym je przewożono. Jedna z nich spadła na nogi pracownika, który stał za blisko. Mężczyzna doznał trwałego kalectwa, oprócz poważnych złamań ostatecznie stracił trzy palce.
Prokuratura oskarżyła zarówno kierowcę wózka, jak i prezesa firmy. Temu drugiemu zarzuciła, że - jako odpowiedzialny za bezpieczeństwo i higienę pracy - umyślnie nie dopełnił wynikającego stąd obowiązku, m.in. nie udzielił pracownikowi instruktażu przed dopuszczeniem go do pracy przy transporcie wielkogabarytowych elementów stalowych, wydał mu polecenie udziału w tym zleceniu, nie zapoznał z ryzykiem zawodowym, nie wyznaczył też stref bezpieczeństwa.
Operator odpowiadał za to, że z umyślnym naruszeniem zasad bezpieczeństwa, mimo przeszkolenia do pracy z użyciem takiego wózka, transportował te belki niezgodnie z instrukcją producenta wózka. Chodziło o poruszanie się z ładunkiem wystającym poza podest i bez zamocowania, który to ładunek przy wjechaniu wózka na miękką nawierzchnię przechylił się, a jedna z belek spadła.
W listopadzie 2019 roku sąd pierwszej instancji obu oskarżonych skazał na kary po pół roku więzienia w zawieszeniu i grzywny w kwotach 1-2 tys. zł.
Wyrok zaskarżył obrońca prezesa firmy. Chce uniewinnienia. Argumentuje w apelacji, że - nawet przy przyjęciu, że pewne zasady związane z BHP nie zostały przez prezesa w firmie zachowane - przyczyną wypadku było niezachowanie warunków eksploatacji wózka przez osobę nim kierującą.
Prokuratura chce utrzymania wyroku skazującego jednak również wobec prezesa. Uważa, że jako pracodawca miał on obowiązki związane z bezpieczeństwem i higieną pracy w firmie, i odpowiada karnie również poprzez zaniechanie określonych działań.