W piątek w biurze Adama Borowskiego doszło do brutalnej akcji policji wobec uczestnika protestów w obronie Trybunału Konstytucyjnego. Mężczyzna wskutek siłowej interwencji stracił przytomność i wymagał pomocy medycznej. Nieprzytomny, leżący na noszach, ale skuty w kajdanki, został przetransportowany do karetki i przewieziony do szpitala na ul. Lindleya. Za mężczyzną pojechał poseł Marek Jakubiak.
- Najpierw przeprowadziłem dochodzenie, gdzie on jest. Dwie karetki stały przed Stowarzyszeniem Wolnego Słowa ponad godzinę. Dowiedziałem, że pojechała na Lindleya i stoi na podjeździe - relacjonował w TV Republika parlamentarzysta. Dodał, że operator, z którym rozmawiał telefonicznie, okazał się bardzo pomocny.
- Gdy dojechałem do szpitala, zajęło mi to 40 minut, ta karetka dalej stała na podjeździe. Jak my pojawiliśmy się w szpitalu, w recepcji, gdy zaczęliśmy robić awanturę, gdzie jest ten człowiek. Dopiero na naszych oczach zaczęto go rejestrować. Ja podszedłem do pana Piotra. Tragiczny widok, pięciu chłopów metr dziewięćdziesiąt pięć stoi nad skutym, pobitym człowiekiem. Podszedłem i chciałem go zapytać, jak się nazywa - on mówi: "ja nic nie pamiętam, ja nie wiem, kim ja jestem". Tak mi odpowiedział
- powiedział Marek Jakubiak.
Dodał, że "miał ranę na głowie, ciętą ranę na głowę i guza wielkości śliwki - to coś to znaczy".
- Takie uderzenie w głowę może spowodować różnego rodzaju zmiany - ocenił.
Jakubiak przyznał, że zatrzymany pan Piotr zna go, ale w szpitalu "nie poznał".
Dziennikarze TV Republika zauważyli w programie "Rewolwer", że mężczyzna, wprowadzany do karetki nie ma na twarzy obrażeń, o których mówił Marek Jakubiak.
- Panie Kierwiński, kiedy ten mężczyzna nabawił się tych obrażeń i w jakich okolicznościach? - zapytał szef wydawców TV Republika, Jarosław Olechowski.