Słowa mają olbrzymią siłę, a ich odpowiednie użycie potrafi zmieniać nie tylko sensy zdań, ale wpływać na nasze wyobrażenia, kształtować opinię, wiedzę i świadomość. Trzeba więc uważać, jak, kiedy i jakich słów się używa, które się do słownika na siłę wrzuca, a które usuwa. Ruch w każdą stronę może być brzemienny w skutki. To jak w ochronie przyrody – jak się zbytnio stawia na ochronę bobra, to bóbr może tak się rozmnożyć, że stanie się szkodnikiem, a jak się za wiele do jakiejś zwierzyny strzela, to może ona całkiem wyginąć. A teraz do „ad remu”, jak mawiał pewien śp. Janek, niegdysiejszy mój kolega z warszawskiej Pragi…
Od lat już całych, od dekad chyba, prawica nasza walczy ze zjawiskiem usuwania słowa „Niemcy” z narracji o II wojnie światowej i używania jedynie terminu „naziści” w opisach zbrodni, win i odpowiedzialności za ofiary i zniszczenia. Słuszność ma o tyle, że zabieg lingwistyczno-propagandowy polegający na całkowitym usuwaniu słowa „Niemcy” w dziełach kultury, tekstach publicystycznych, filmach czy grach dotyczących wojny wypacza prawdziwe sensy i odsuwa odpowiedzialność od państwa i narodu niemieckiego. Rzecz w tym, że przełożenie wajchy w drugą stronę – czyli używania jedynie słowa „Niemcy”, a wyrzucenie ze słownika słowa „naziści” – robi złą robotę w drugą stronę. Nie tylko nie jest naturalne, ale w dodatku, paradoksalnie odsuwa odpowiedzialność niemiecką za zbrodnie nazizmu w cień i w niebyt. Słowa „naziści” używali Alianci w trakcie II Wojny Światowej wymiennie ze słowem „Niemcy”. Wystarczy sięgnąć do prasy z okresu wojny, żeby się o tym przekonać. Jeśli znajdujemy tytuł – „Naziści zaatakowali…”, czy też „Naziści ponieśli porażkę…” – oznacza to, iż każdy czytelnik rozumiał, że chodzi tu o armię niemiecką. „Nazista” to „Niemiec”, a „Niemiec” to „nazista” – tak budowana była świadoma narracja propagandowa państw sojuszniczych. Chodziło o to przecież, że w świecie, w którym toczyła się wielka walka sił Dobra z siłami Zła, należało przypominać, o co się walczy i z kim się walczy. Armia niemiecka była narzędziem w ręku Hitlera. Często fanatycznym i świadomym i to nie tylko na poziomie SS. Niemcy na froncie to nie wojsko prowadzące sprawiedliwą wojnę za swoje ideały, lecz przeciwnik broniący całego systemu zła – i dlatego należy z nim walczyć. Stąd wymienne używanie słów „naziści” i „Niemcy”. W takiej równowadze opisu – rzecz wydaje się słuszna i prawdziwa (mając na względzie, oczywiście, że to uproszczenie, a wszystko można niuansować).
Kilka lat temu w Cassino próbowano postawić, we współpracy z niemieckimi stowarzyszeniami kombatanckimi pomnik niemieckich spadochroniarzy. Wybuchła afery, pojawiły się protesty i już stojący pomnik rozebrano. Ale dyskusja, jak się wówczas toczyła pokazuje bardzo ciekawą perspektywę. Oto w świecie, w którym praktycznie nie używa się słowa „naziści”, i w którym „Niemcy” są „Niemcami” stają się oni po prostu armią, która toczy walkę z inną armią i należałoby ich traktować na równi. Ot, walczyli Polacy – to mają pomniki. Walczyli Niemcy (nie – „naziści”), to czemu nie mogą mieć swoich pomników?
Usunięcie z języka słowa „naziści” w odniesieniu do oddziałów niemieckich przynosi efekt w postaci wyprania kontekstów i jeszcze mocniejszego odsunięcia kwestii win, odpowiedzialności za zbrodnie itd. To zaskakujące doświadczenie – kontakt z mentalnością Włochów oraz ze światem, w którym Niemiec to nie nazista. Można by rzec – rycerscy obrońcy cywilizacji europejskiej przed sprzymierzonymi z bolszewikami i Stalinem Anglosasami.
Dlatego powtórzę postulat, o którym już kiedyś pisałem: piszmy normalnie, po ludzku, z sensem, tak jak zawsze się to robiło, używając słów „Niemcy” i „naziści” wymiennie, jak synonimy. Tylko zdrowy rozsądek uratuje nas przed szaleństwami językowych reform i rewolucji.