Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Rzeczka pokazała siłę żywiołu. Zalała wieś

W ciągu kilku godzin płynąca z Czech rzeczka Mora, którą normalnie można przejść, nie mocząc kolan, zalała kilkanaście gospodarstw w podnyskiej wsi Morów. Kilkanaście godzin później widocznym śladem potęgi żywiołu są kontenery zapełniane przez mieszkańców zniszczonym dobytkiem.

Autor:

Wieś Morów leży nieopodal Nysy - na polsko-czeskim pograniczu. Przez miejscowość płynie rzeczka Mora, który przez znaczną część roku bez problemu można przejść nie mocząc przy tym kolan. We wtorek po deszczach w dwie godziny strumień zamienił się w rwącą rzekę, która niszczyła wszystko na swojej drodze.

W środę już przy wjeździe do Morowa widać zapowiedź tego, co przeszło przez część miejscowości - na polu pływają bele sprasowanej słomy. Kilkaset metrów dalej stoi wóz z Ochotniczej Straży Pożarnej Koperniki, a strażacy pomagają mieszkańcom w sprzątaniu pozostałości po wielkiej wodzie. Na podjazdach leżą worki z piaskiem, widać podjazdy zabrudzone rzecznym mułem. Przed niektórymi domami stoją kontenery, na które mieszkańcy wyrzucają zalane wodą meble i podłogi. Przed jednym z kontenerów, wypełnionych zamoczonymi meblami i wykładzinami podłogowymi pracuje Aleksander Szewczyk, który jako jeden z pierwszych mieszkańców wsi został zaskoczony przez wzbierającą wodę.

"Nie mieliśmy najmniejszych szans na ratowanie dobytku. Od rana padał deszcz, ale już dwa razy w tym roku woda w Morze podchodziła pod brzegi i nic nie wskazywało, że tym razem będzie inaczej. W ciągu dosłownie dwóch godzin woda podniosła się o ponad metr. Za chwilę mieliśmy już ją w domu. Ledwo udało nam się podnieść lodówkę na cegłach. Potem już tylko mogłem bezsilnie patrzeć, jak woda wdziera się przez drzwi i zalewa parter. Proszę zobaczyć, nawet po zerwaniu podłóg na posadzce mam szlam, a woda stała w domu na wysokość kilkudziesięciu centymetrów. Nie wiem, czy nie będziemy musieli kuć tynków. Tak naprawdę, to nic jeszcze nie wiemy, bo nawet nikt nas się nie zapytał, czy nie potrzebujemy środków dezynfekcyjnych czy głupiej łopaty, by wygarnąć z domu to, co naniosła woda"

- opowiada Szewczyk.

Dramat przeżyła mieszkająca dwa domy dalej rodzina Eweliny Górnik, z której domu ewakuowano stuletnią mamę.

"Woda przyszła błyskawicznie. Nie było czasu na reakcję. Na początku próbowałam zbierać piasek do worków, ale ile kobieta przy pomocy kilkuletniej dziewczynki może zrobić? Woda przybierała błyskawicznie, a strażacy przybyli, gdy już woda nas porządnie zalała. Moją mamę, liczącą sto lat kobietę, wyniesiono przez górki, bo przejścia przez most już nie było. To, co było na dole, zostało zniszczone. Zamuliła się nasza studnia, z której bierzemy wodę. Ale nie wiem, jak zareaguje moja mama. Chyba nie za bardzo zdawała sobie sprawę z grozy sytuacji, gdy ją ewakuowano. Ale tu miała swój ulubiony ogródek, z którego nie zostało kompletnie nic. Nie wiem, jak zareaguje, jak go zobaczy po swoim powrocie"

- martwi się pani Górnik.

O błyskawicznym tempie i sile żywiołu mówi także Dorota Dereń, która oprócz domu chciała ratować swoje zwierzęta.

"Nie było wiadomo, za co się brać. Krowy brnęły już w wodzie. Trzeba było je wyprowadzić na górkę. Noc spędziły przywiązane do drzewek. Cielaka trzeba było wynosić na rękach. Sam nie dałby rady. Udało się im pomóc. A dom? Położyłam worki z piaskiem na progu. Jedyny efekt to taki, że piasek przefiltrował wodę i mam w domu w miarę czystą wodę bez mułu. Potem wyłączyli prąd na całej ulicy i z tą wodą walczyliśmy przy latarkach, zanim pojawił się prąd z generatorów"

- relacjonuje.

Artur Pieczarka, sołtys wsi Morów, zdaje sobie sprawę ze zdradliwego charakteru płynącej przez jego miejscowość rzeczki.

"Patrząc dzisiaj na Morę, trudno uwierzyć, że kilkanaście godzin temu jej poziom był prawie dwa metry wyżej. Ale taki już jej charakter. Wystarczą dwa, trzy dni deszczu i pokazuje, na co ją stać. Na dodatek wczorajszy, ulewny deszcz dotknął obszar całego powiatu i strażacy z sąsiednich miejscowości nie mogli od razu ruszyć nam na pomoc. Przez dwie godziny musieliśmy radzić sobie sami. Syn jednej z mieszkanek zadzwonił do nas z Niemiec, że w domu została jego starsza mama. Żeby ją ewakuować, konieczne było wysłanie pontonu, bo droga była już zalana. Ale udało się ją ewakuować. Co się stało, to już się nie odstanie. W tej chwili dla nas najważniejsze jest, by w końcu pochylono się nad zapewnieniem bezpieczeństwa dla nas, mieszkańców, jak zrobiono to w wielu miejscowościach regionu po wielkiej powodzi 1997 roku"

- podkreśla Pieczarka.

Mieszkańcy wsi, którzy na chwilę wstępują do lokalnej restauracji, by odpocząć od pracy, z niepokojem patrzą w niebo. Nie ufają rzece, która znowu przypomina senny strumyk.

"Ziemia już nie przyjmuje wody. Teraz wystarczy byle ulewa i znowu będziemy mieć Morę w domach. Dlatego ja worków z piaskiem ze swojego podwórka na razie nigdzie nie wywożę"

- wyjaśnił jednej z nich.

Autor:

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska