Korczowa Dolina w Młynach reklamuje się jako wysunięte najdalej na wschód centrum handlowo magazynowe. Tydzień temu otwarto tam punkt recepcyjny dla uchodźców z Ukrainy. Planowano, że obsłuży on ok. 2 tys. osób. Do poniedziałku przewinęło się przez punkt kilkadziesiąt tysięcy uciekinierów wojennych. Wielkie hale o łącznej powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych o nazwach "Kijów" i "Lwów" zamieniono na koczowisko.
Na ustawionych jedno obok drugiego łóżkach polowych leżą i siedzą mieszkańcy Ukrainy, którzy uciekli przed koszmarem wojny. W wąskich przejściach między łóżkami bawią się wesoło małe dzieci, odbijają balony, biegają, śmieją się.
Na skraju łóżka w jednej ze środkowych alejek siedzi przygrabiona kobieta w jaskrawym amarantowym swetrze. Spogląda przez przybrudzone szkła okularów. Obok niej dwaj chłopcy jedzą z apetytem obiad ze styropianowych opakowań. Pani Larysa uciekła przed bombardowaniem z Winnicy z niepełnosprawnym mężem, dwoma synami i 82-ltnią mamą. Zabrali ze sobą psa. Spaniel o imieniu Kasandra leży rozłożona obok chłopców.
Byle dalej od wojny
"Zostawiliśmy wszystko, mieszkanie, meble, rzeczy" – mówi ściszonym głosem Larysa. Cała rodzina zabrała z sobą kilka małych walizek na kółkach. "Baliśmy się strasznie, kiedy strzelali z rakiet siedzieliśmy w piwnicy, ale nasze mieszkanie nie zostało uszkodzone" – relacjonuje.
To już ich drugi dzień w hali "Kijów". Nie wie, dokąd pojechać. W Polsce nie ma nikogo. "Byle jak najdalej od wojny" – podkreśla.
Tamara Lisowa także już drugi dzień czeka na transport. Chce pojechać do Świnoujścia, tam mieszka jej syn, a potem może do Niemiec, do wnuczki. Pani Tamara wyjechała z Krzywego Rogu z wnuczką, którą wychowuje po śmierci matki.
"Nie chciałam jechać, mam już 74 lata, ale wnuczka płakała, błagała mnie, żebyśmy uciekali" – wspomina ze łzami w oczach.
Przed pięcioma dniami babcia z wnuczką wsiadły do marszrutki (bus) wynajętej jeszcze z kilkoma osobami i przez trzy dni jechały w kierunku polskiej granicy. Trzeba było wysiadać, bo drogi były zniszczone, a nawet iść pieszo.
1,5 tys. porcji pizzy
W pomoc uchodźcom jest zaangażowanych wielu wolontariuszy. Wyżywienie zapewniają im firmy z branży gastronomicznej.
Przed food truckem z napisem "Pizza u Orłosia" stoi kilkunastoosobowa kolejka. "Przyjechaliśmy tu z potrzeby serca. Jesteśmy od piątej rano. Od tego czasu wydaliśmy ponad 1,5 tys. porcji pizzy" – informuje właściciel firmy Andrzej Orłowski.
Podkreśla, że gdyby nie wolontariusze, to zapewnienie opieki i wyżywienia tak dużej grupie uchodźców nie byłoby możliwe.
Orłowski nie ukrywa, że to dla jego firmy duży wysiłek finansowy. "Ale przyjadę tu jeszcze raz. Będę pracował po 20 godzin dziennie, odrobię sobie te wydatki i wrócę, żeby pomagać tym ludziom" – zapewnia.
Uchodźcy z Korczowej Doliny podwożeni są autobusami do stacji kolejowej w miejscowości Radymno, a stamtąd pociągami jadą do Krakowa, Warszawy oraz innych miast.
Od 24 lutego trwa rosyjska inwazja na Ukrainę. W niedzielę 6 marca liczba osób, które w poszukiwaniu schronienia uciekły z Ukrainy do Polski, przekroczyła milion.