Ekipa Donalda Tuska na początku swojego urzędowania zlikwidowała Centrum Badań nad Bezpieczeństwem na ASW. Było to skrajnie nieodpowiedzialne osłabienie zaplecza analitycznego polskiego resortu obrony. CBB było wyspecjalizowanym ośrodkiem pracującym na potrzeby MON i innych instytucji państwa, skupiającym zespoły zajmujące się Rosją, jej strategią wojskową i przestrzenią postsowiecką, Chinami, Indiami oraz zagrożeniami cywilizacyjnymi. Rozwiązanie takiego zespołu w sytuacji agresywnej wojny informacyjnej Rosji z Polską i Zachodem oznacza bezpowrotną utratę grupy o unikalnych kompetencjach, a więc działanie na szkodę polskiego bezpieczeństwa.
Wyobrażenia a rzeczywistość
Gdy 1 października Kosiniak-Kamysz przyznał, iż w marcu w Waszyngtonie odbył spotkanie z prezydentem Trumpem, aby przyspieszyć rozmowy w sprawie stałej bazy amerykańskich wojsk w Polsce, Tusk wpadł w panikę. Coraz bardziej widoczna była bowiem jego rola jako głównego hamulcowego tego projektu. Pojawiały się też spekulacje, że Kosiniak-Kamysz miał stanąć na czele nowego rządu, bo zabójczy dla polskiego bezpieczeństwa staje się chorobliwy antyamerykanizm Tuska. Psychopatycznie uzależniony od władzy, ostentacyjnie pojawił się w Akademii Sztuki Wojennej, aby zaznaczyć swoją dominację nad ministrem obrony i zaprezentować się w nowej roli – wodza narodu, który symbolicznie rzekomo jest ojcem nowej armii. W przerysowanej, karykaturalnej stylistyce nowego wodza stwierdził: „Ani wróg, ani sojusznik nie będzie decydował o tym, jaką drogą podążają Polacy, kto w Polsce rządzi, jak budujemy swoją armię”. Tusk wykorzystał sytuację, by swoje blokowanie strategicznego projektu dla Polski, a więc działanie na szkodę naszego bezpieczeństwa, przedstawić jako akt służący RP. Tylko w psychopatycznym umyśle może pojawić się pomysł zrównania zagrożenia ze strony USA z zagrożeniem ze strony Putina. Tusk stwierdził:
„Dziś i wróg, i sojusznik dobrze wie, że Polska nie pozwoli sobie na żadne skuteczne akty agresji wobec nas i ani wróg, ani sojusznik nie będzie decydował o tym, jaką drogą podążają Polacy, kto w Polsce rządzi, jak budujemy swoją armię. Na tym polega prawdziwa suwerenność. Nie ma suwerennej ojczyzny bez suwerennej, dobrze wyszkolonej, dumnej z własnych dokonań armii”.
Ten sam człowiek w grudniu 2021 roku, tuż przed agresją Putina na Ukrainę, stwierdził: „Kiedy idę ulicą, myślę czasami, że co piąta osoba, którą mijam, uważa, że być może to ja do spółki z Putinem zabiłem prezydenta [Lecha Kaczyńskiego – przyp. red.]”. To szokujące, że człowiek, który ponosi polityczną odpowiedzialność za śmierć całego dowództwa polskiej armii, dziś pcha nas w przepaść w imię swej żądzy władzy, pokazując Polskę jako oblężoną twierdzę, której w równym stopniu zagrażają nasi sojusznicy i wrogowie. Ta paranoiczna ocena jest jedynie wizją Tuska. Bo w realnej rzeczywistości do wyborów w 2027 roku Rosja będzie eskalowała wobec Polski działania poniżej progu wojny, które waszyngtoński Instytut Badań nad Wojną określa jako „fazę zero”. Postępowanie Tuska radykalizujące do niebezpiecznych granic działania wymierzone w opozycję i społeczeństwo patriotyczne będzie wykorzystywane przez Kreml do pogłębiania destabilizacji Polski.
Ustawa na „stan przedwojenny”
Donald Tusk świadomie prowokuje takie wydarzenia również dlatego, aby atmosferę strachu wykorzystać w przyspieszonym procesie zawłaszczania władzy i budowania autorytarnego systemu. Widać też, jak koalicja 13 grudnia testuje i buduje wąskie grupy ludzi w wymiarze sprawiedliwości, służbach i administracji, w pełni i bezgranicznie oddanych ekipie Donalda Tuska. Wciągani są oni w działania quasimafijne, które mają ich wiązać bezgraniczną lojalnością z obecną ekipą. Przegrana koalicji 13 grudnia w przyszłorocznych wyborach oznaczałaby dla nich ogromne zagrożenie. Dlatego wiele niebezpiecznych sygnałów wskazuje, iż w wąskim gronie ludzi Tuska realnie rozważany jest wariant siłowy. Był on poważnie brany pod uwagę wobec Trybunału Konstytucyjnego. Ale też rozważany jest scenariusz wykorzystywania zagrożenia rosyjskiego do dalszego zawłaszczania państwa. Ireneusz Raś, wiceminister sportu i turystyki, otwarcie nie wyklucza sytuacji, w której przyszłoroczne wybory parlamentarne nie odbędą się w planowanym terminie ze względu na możliwość eskalacji rosyjskiej agresji, co uniemożliwi organizację głosowania. Rząd pracuje już nad ustawą na „stan przedwojenny”. Ma ona usprawnić system kierowania obroną państwa i przyspieszyć proces przerzucania wojska w newralgiczne miejsca, a w rzeczywistości scentralizować władzę w rękach premiera i dać mu możliwości, które mogłyby doprowadzić do szybkiego zbudowania mechanizmów autorytarnego reżimu. Ustawa taka, bez ochrony demolowanych przez reżim Tuska demokratycznych instytucji, będzie śmiertelnym zagrożeniem dla społeczeństwa.
Tusk chce naszej krwi?
To bardzo niebezpieczna gra, tym bardziej że to w Warszawie napisany już został rosyjski scenariusz wojny domowej w Polsce. Jeden z głównych architektów resetu w relacjach z Rosją, Jarosław Bratkiewicz, w swojej książce „Wojny domowe. Dwie i pół” stwierdził: „Polska wojna domowa pozostaje w stadium schłodzenia. Kulminowała ona w wyborach powszechnych w 2023 roku, ale werdykt wyborców na rzecz opozycji antypisowskiej [w rzeczywistości zwycięstwo w wyborach osiągnął wówczas PiS] jeszcze nie przesądza o ostatecznym zwycięstwie w tej wojnie. Dokona się ono, kiedy praworządność polska zdelegalizuje PiS – partię stawiającą sobie za cel rewolucję tradycjonalistyczną w Polsce, a więc działania o antykonstytucyjnym charakterze. Których efekt końcowy wynagrodziłby Polaków putinizmem à la polonaise. (…) Wygranej bitwy nie utożsamiamy jednak ze zwycięstwem w wojnie. Koalicja partii obywatelskich musi przełamać i spacyfikować [podkr. P.G.] w zawłaszczonej przez PiS po 2015 roku architektonice Rzeczpospolitej cały szereg redut i pułapek: pisowskiego prezydenta RP, »przyłębski« trybunał konstytucyjny i »glapińskie« czarnoksięstwo w banku centralnym”. Książka ukazała się w 2025 roku, ale dokładnie buduje scenariusz, który ma doprowadzić do wytępienia, „spacyfikowania”, wyautowania z Polski tych, których określa jako „pisowski »małpi lud«”, który łyka „myśli Jarosława Kaczyńskiego niczym prawowierni Hindusi pijący mocz krowi”.
Bratkiewicz, tak jak w czasach tuskowego resetu z Putinem, jest tylko instrumentem, człowiekiem wychowanym w kulcie sowieckiego imperium i w pogardzie do polskiej państwowości. W istocie w tym planie punktem krytycznym są wybory w 2027 roku, które są też kluczowym elementem rosyjskiej strategii destabilizowania RP. Zgodnie z Russian New Generation Warfare istotnym elementem tzw. phase zero, fazy przygotowania środowiska politycznego, informacyjnego, psychologicznego i operacyjnego do ewentualnej przyszłej konfrontacji kinetycznej z NATO, wybory stanowią dogodne środowisko do działań destabilizacyjnych. Według Instytutu Badań nad Wojną (który wprowadził owo pojęcie fazy zero) działania Rosji wobec państw europejskich nie stanowią zbioru przypadkowych incydentów, lecz wzajemnie wspierające się kampanie obejmujące sabotaż, cyberataki, operacje wywiadowcze, podpalenia, naruszenia przestrzeni powietrznej, działania na morzu oraz operacje informacyjne. Ich funkcją jest jednocześnie testowanie reakcji NATO, rozpoznawanie jego słabych punktów, podnoszenie progu tolerancji na rosyjską agresję, osłabianie jedności politycznej Zachodu i tworzenie warunków dla potencjalnych przyszłych działań konwencjonalnych.
Pełzająca agresja na Polskę
Polska zajmuje w tej strategii szczególne miejsce, ponieważ jest państwem frontowym NATO, głównym zapleczem logistycznym wsparcia Ukrainy i jednym z węzłowych państw w atlantyckim systemie bezpieczeństwa opartym na doktrynie kill web. ISW wskazuje, że nasilające się naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej są elementem rosyjskiej fazy zero. Wybory 2027 roku mogą być dla Rosji nie tyle celem samym w sobie, ile dogodnym środowiskiem do dalszego kształtowania warunków fazy zero. Kampania wyborcza stwarza możliwość wykorzystania istniejących podziałów społecznych do podważania poparcia dla NATO, USA i Ukrainy, przedstawiania wydatków obronnych jako źródła zagrożenia lub kosztów narzuconych Polsce oraz przekonywania części społeczeństwa, że konfrontacja z Rosją jest wynikiem błędów polskich władz.
Dlatego w odniesieniu do Polski można mówić o trzech nakładających się poziomach rosyjskiej strategii: bieżącym zakłócaniu i destabilizacji, przygotowywaniu społeczeństw i elit do akceptowania coraz wyższego poziomu rosyjskiej presji oraz rozpoznawaniu słabości wojskowych, infrastrukturalnych i politycznych, które mogłyby zostać wykorzystane w przypadku przejścia do otwartej konfrontacji. ISW podkreśla przy tym, że obecne działania nie są dowodem na nieuchronność wojny Rosji z NATO; są natomiast oceniane jako tworzenie dogodnego środowiska ułatwiającego prowadzenie skutecznej wojny. Rosyjska strategia wobec Polski przed wyborami 2027 roku nie powinna być analizowana wyłącznie jako próba destabilizacji poprzez ingerencję w proces wyborczy. W perspektywie ISW wybory są jednym z elementów znacznie szerszego procesu fazy zero, którego ostatecznym przedmiotem jest odporność Polski i NATO na przejście od wojny poniżej progu do wojny kinetycznej. W takim ujęciu dezinformacja, cyberataki, sabotaż, prowokacje i naruszenia przestrzeni powietrznej pełnią podwójną funkcję: wywierają presję już dziś, a zarazem dostarczają Rosji wiedzy o tym, jak Polska i jej sojusznicy reagują na kolejne szczeble eskalacji.
Julianne Smith, która w latach 2021–2024 była stałym przedstawicielem USA przy NATO, opublikowała 7 października 2026 roku na łamach „Foreign Affairs” tekst, w którym alarmuje, że „Rosyjska wojna hybrydowa weszła w nową niebezpieczną fazę”. Według niej Moskwa przestaje traktować działania poniżej progu otwartej wojny jako serię odizolowanych operacji, a coraz wyraźniej wykorzystuje je do systematycznego testowania odporności państw NATO. Smith wskazuje, że rosyjskim celem jest „rozbicie jedności sojuszu, wystawienie na próbę zaangażowania członków w artykuł 5” oraz zwiększenie kosztów wspierania Ukrainy.
Przedstawianie przez Tuska USA jako państwa równie groźnego dla nas jak Rosja spełnia w pełni to, co sygnalizuje Smith. Zrozumiałe jest, iż w przypadku Polski presja rosyjska będzie prawdopodobnie wymierzona nie tylko w konkretne instalacje czy infrastrukturę, lecz także w zdolność państwa do utrzymania społecznego i politycznego konsensusu w warunkach narastającego zagrożenia. Obecna aktywność ekipy 13 grudnia dokładnie wpisuje się w rosyjski scenariusz. Najważniejszym elementem tej strategii jest stopniowa eskalacja. Smith zwraca uwagę, że przez pierwsze lata rosyjskie operacje pozostawały „tuż poniżej progu, który mógłby wywołać zbiorową reakcję”. Moskwa mogła więc przecinać kable, przeprowadzać cyberataki, organizować sabotaż czy podpalenia, jednocześnie zachowując możliwość zaprzeczania swojemu udziałowi. Obecnie – zdaniem autorki – sytuacja się zmieniła. Rosja podejmuje działania coraz bardziej bezpośrednie i ryzykowne, a jednocześnie sprawdza, jak daleko może się posunąć bez wywołania zdecydowanej odpowiedzi NATO.
Tusk nie odstrasza skutecznie, ale zachęca Putina
Szczególnie istotne jest to, że rosyjska eskalacja może być prowadzona w sposób kumulatywny. Smith ostrzega, że „reakcja budowana incydent po incydencie to nie odstraszanie”. Właśnie taki sposób działania może być zastosowany wobec Polski: pojedynczy incydent będzie przedstawiany jako ograniczony, przypadkowy lub trudny do jednoznacznego przypisania, lecz kolejne zdarzenia będą stopniowo zwiększały presję. Rosja może testować reakcję na cyberatak, następnie na sabotaż, potem na incydent z dronem lub naruszenie przestrzeni powietrznej, a równolegle prowadzić operację informacyjną przedstawiającą każdy z tych przypadków jako niezwiązany z pozostałymi. Strategiczny efekt może być jednak kumulatywny: osłabienie poczucia bezpieczeństwa, przeciążenie instytucji państwa, wzrost kosztów ochrony infrastruktury i narastające pytania o wiarygodność NATO. W tym mechanizmie szczególne znaczenie będzie miała polska przestrzeń informacyjna. A tu ogromnym problemem jest fakt, iż to premier i jego rząd są głównym źródłem dezinformacji.
Tuż po uderzeniu pocisku manewrującego Ch-101 w Polskę premier Tusk tłumaczył Putina. Twierdził, że nie był to atak wymierzony w nasz kraj, ale był to najprawdopodobniej zbłąkany pocisk lub mieliśmy do czynienia z awarią. Ale gen. Ireneusz Nowak, dowódca operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, stwierdził, iż w 80 proc. jest przekonany, że było to działanie intencyjne ze strony Rosji. To rujnuje wiarygodność komunikacji rządu z obywatelami, a więc wzmacnia siłę oddziaływania rosyjskiej dezinformacji. Smith podkreśla, że rosyjskie „środki aktywne” mają długą tradycję i opierają się m.in. na wykorzystywaniu pełnomocników, grup pośredniczących i wiarygodnego zaprzeczania. Współcześnie oznacza to możliwość łączenia cyberoperacji, sabotażu i dezinformacji. Jeśli na przykład dojdzie do awarii infrastruktury energetycznej, zakłócenia transportu lub incydentu granicznego, rosyjska operacja informacyjna może jednocześnie podważać ustalenia polskich służb, rozpowszechniać sprzeczne wersje wydarzeń i sugerować, że odpowiedzialność ponosi Polska lub Ukraina. Smith zwraca uwagę, że Moskwa często „odwraca scenariusz”, oskarżając państwa NATO o „rusofobię”.
Celem takiej operacji nie musi być przekonanie wszystkich Polaków do jednej wersji wydarzeń. Wystarczy zwiększenie niepewności i stworzenie przekonania, że nie istnieje wiarygodne źródło informacji. Wybory 2027 roku mogą stworzyć wyjątkowo dogodne środowisko dla takiej strategii. Rosja wykorzysta kampanie rządu dyskredytujące opozycję. W tym sensie celem rosyjskiej operacji wpływu może być nie tyle „wygranie” polskich wyborów, ile doprowadzenie do sytuacji, w której niezależnie od wyniku wyborczego społeczeństwo pozostanie bardziej podzielone, a nowy rząd będzie miał mniejszą zdolność do prowadzenia spójnej polityki bezpieczeństwa.
Brak mechanizmu odstraszania
Zdaniem Julianne Smith problemem Polski i Zachodu nie jest wyłącznie brak zdolności do wykrywania rosyjskich operacji, lecz brak odpowiednio silnego mechanizmu odstraszania. Autorka pisze, że „dopóki każda prowokacja kosztuje Moskwę tyle, co zestrzelenie drona, Putin ma wszelkie powody, by eskalować konflikt”. W odniesieniu do Polski oznacza to możliwość stopniowego przesuwania granicy ryzyka: od działań, które można jeszcze uznać za incydentalne, do działań coraz bardziej niebezpiecznych, przy których rośnie prawdopodobieństwo przypadkowych ofiar i niekontrolowanej eskalacji. Smith ostrzega bowiem, że wraz ze wzrostem rosyjskiej tolerancji na ryzyko rośnie również możliwość, że jeden z kolejnych incydentów zakończy się „katastrofalnymi stratami w ludziach”. Dlatego najbardziej prawdopodobny mechanizm rosyjskiej presji wobec Polski nie musi polegać na jednym spektakularnym akcie. Bardziej zgodny z opisanym przez Smith modelem byłby proces stopniowego zwiększania napięcia. Każdy kolejny krok byłby jednocześnie sprawdzianem reakcji Polski i NATO.
W takim scenariuszu wybory 2027 roku mogą stać się nie tyle bezpośrednim celem rosyjskiej strategii, ile momentem szczególnie intensywnego oddziaływania. Ale doprowadzanie do wywołania w Polsce krwawej konfrontacji rządu z opozycją byłoby operacją, która mogłaby radykalnie zmienić bezpieczeństwo całego regionu. Byłaby to próba wywołania w Warszawie czegoś na kształt majdanu. Dla Putina byłby to powód do wielkiego sukcesu.
Krwawa prowokacja rosyjskiej agentury w Polsce może być tym czynnikiem, który wyzwoli kumulowaną przez ekipę 13 grudnia wrogość do opozycji.
Równie niebezpieczne byłoby połączenie rzeczywistego incydentu z natychmiastową operacją dezinformacyjną, ponieważ pozwala ono przekształcić ograniczony problem bezpieczeństwa w radykalny kryzys polityczny. W świetle analizy Smith najważniejszym wyzwaniem dla Polski nie jest więc samo pytanie, czy Rosja zdecyduje się na konkretny akt agresji, lecz czy będzie mogła przez długi czas zwiększać poziom presji bez ponoszenia proporcjonalnych kosztów. Autorka ostrzega, że Zachód zbyt długo odpowiadał na rosyjskie działania pojedynczo, zamiast rozpoznawać ich wzajemne powiązania. W przypadku Polski oznacza to konieczność patrzenia na cyberatak, sabotaż, prowokację powietrzną, operację dezinformacyjną i działania przeciwko infrastrukturze nie jako na pięć niezależnych wydarzeń, lecz jako potencjalne elementy jednej kampanii. Taka perspektywa jest szczególnie ważna przed 2027 rokiem, ponieważ rosyjska strategia może być skierowana nie tylko przeciwko bezpieczeństwu fizycznemu Polski, lecz także przeciwko jej odporności politycznej, społecznej i informacyjnej. W konsekwencji rosyjska eskalacja może przebiegać według logiki opisanej przez Smith jako stopniowe „zdejmowanie maski”: coraz mniej ukrytych operacji, coraz więcej prowokacji, coraz większa tolerancja ryzyka i coraz intensywniejsze testowanie reakcji NATO. Granica między wojną hybrydową a przygotowaniem środowiska dla poważniejszej konfrontacji może stawać się coraz mniej wyraźna. Dla Polski kluczowe będzie zatem nie tylko wykrywanie poszczególnych rosyjskich działań, lecz także rozpoznawanie ich jako części długotrwałej kampanii, której celem – zgodnie z analizą Julianne Smith – jest osłabienie jedności NATO, zwiększenie kosztów pomocy Ukrainie i sprawdzenie, jak daleko Moskwa może się posunąć, zanim Zachód zdecyduje się na skoordynowaną odpowiedź.