Pierwsi uchodźcy przyjechali do mieleńskiego pensjonatu już drugiego dnia wojny. "To nie są zorganizowane grupy, a pojedyncze rodziny, głównie kobiety z dziećmi. Niektórzy przyjechali swoimi samochodami, inni w różny sposób dostali się do granicy z Polską, a później już po naszej stronie czekali na nich znajomi, przyjaciele, dalsza rodzina albo mężowie, którzy pracują w Koszalinie" – powiedziała Kędzierska.
Zaznaczyła przy tym, że te kobiety z dziećmi, których mężowie jeszcze przed wojną znaleźli zatrudnienie w Koszalinie, w pensjonacie zostają na jedną noc. "Pracodawcy ich mężów załatwiają im mieszkania na wynajem i one od nas się wyprowadzają. Taką przyjęliśmy zasadę. Na miejsce tych rodzin, a mieliśmy takich do tej pory kilkanaście, przyjeżdżają kolejne osoby potrzebujące pomocy. Więc mamy trochę rotacji" – poinformowała menadżerka pensjonatu.
Przekazała, że obecnie wszystkie 72 miejsca noclegowe zajmują uchodźcy, w większości z Kijowa i okolicznych miejscowości okupowanych przez rosyjską armię. Wśród nich jest jedna ciężarna, która po przyjeździe do Mielna objęta została opieką ginekologa.
Kobiety i dzieci, które znalazły schronienie w Zielonym Raju mają zapewnione śniadania i obiadokolacje w pobliskiej restauracji, której właścicielką jest prowadząca pensjonat.
"Te osoby, które mają np. małe dzieci lub z innych powodów nie chcą wychodzić z pensjonatu, boją się, czują dyskomfort, opuszczając miejsce, w którym poczuły się już względnie bezpiecznie, posiłki otrzymują na miejscu, na zasadzie cateringu. W zbieraniu tych zamówień pomaga nam Ukrainka Ania"
– powiedziała Kędzierska.
Zaznaczyła, że do pensjonatu dociera pomoc zarówno od prywatnych darczyńców, jak i gminy. "Mamy trochę żywności z długim terminem ważności, również tę dla najmłodszych dzieci. Za to lodówka szybko się opróżnia. Wędliny, serki, masło, parówki idą jak woda. Podobnie chleb. Mamy w zapasie trochę środków chemicznych, higienicznych i tych najpotrzebniejszych leków przeciwbólowych i grypowych. Jeśli trafia do nas coś, czego nie potrzebujemy, to przekazujemy to dalej, do magazynu w Ekoprzedsiębiorstwie w Mielnie. Nic się nie marnuje" – zapewniła menadżerka pensjonatu.
Kędzierska przyznała, że uchodźcy - mimo zapewnienia im zaspokojenia podstawowych potrzeb - psychicznie są "w złym stanie". "Bardzo przydałby nam się tu psycholog ze znajomością języka ukraińskiego. My mamy kłopoty ze zwykłą komunikacją, jest bariera językowa. Nie jesteśmy w stanie pomóc w problemach natury emocjonalnej, w radzeniu sobie z traumą wojny. A tego te kobiety i ich dzieci potrzebują" – zaznaczyła Kędzierska.
Dodała przy tym, że jej zdaniem bardzo dobrze, iż przebywające w pensjonacie dzieci poszły do mieleńskiej szkoły. "To poniedziałkowe pójście do szkoły było tak na próbę. Jeszcze trwają ostatnie formalności, ale dyrekcja zapewniła nas, że przyjmie wszystkie chętne dzieci tylko musi dopiąć organizacyjne szczegóły. Podobne zapewnienia otrzymaliśmy z przedszkola" – powiedziała Kędzierska.
Dodała, że to ważne, ponieważ ukraińskie mamy chcą iść do pracy. "Mamy listę chętnych do pracy i zainteresowanych pracodawców, którzy chcą zatrudniać m.in. w gastronomii, do sprzątania, potrzebują masażystek. W pomocy w zatrudnieniu czekamy tylko na prawne wytyczne, żeby wszystko było legalne" – powiedziała menadżerka Zielonego Raju.
Według informacji przekazanych przez magistrat w Mielnie (woj. zachodniopomorskie) w kilku pensjonatach i hotelach w gminie przebywa ponad 400 uchodźców z Ukrainy.