Nieważne, ile czołgów, rakiet, samolotów i dronów kupimy. Czy wojsko będzie liczyło sto, dwieście czy pół miliona żołnierzy. Nawet najpotężniejsza armia świata runie w konwencjonalnym konflikcie, nie mając odpowiednio rozbudowanego zaplecza medycznego. Niby banał, ale bardzo często zapominany w kontekście budowy zdolności obronnych państwa.
Dlaczego wojskowe szpitale toną w długach znacznie szybciej niż placówki cywilne czy te podległe MSWiA? W swojej najnowszej analizie gen. Gielerak, wybitny autorytet w dziedzinie medycyny wojskowej i cywilnej, zamieszczonej na Portalu Obronnym, brutalnie rozbija iluzję, że to wyłącznie kwestia złego zarządzania. Problem tkwi w pękniętym systemie finansowania.
Zadłużenie całej grupy podmiotów przestało być sumą lokalnych niepowodzeń i narasta według reguł, na które żaden komendant szpitala nie ma większego wpływu.
– zaznacza gen. Gielerak.
Pułapka „żyranta mimo woli”
Na początek warto zrozumieć specyfikę wojskowych szpitali. Kierują zabezpieczeniem medycznym wojsk, leczą żołnierzy poza kolejnością i są bazą szkoleniową. Przede wszystkim jednak muszą utrzymywać w gotowości puste łóżka i dyżurujące zespoły na wypadek sytuacji kryzysowej. To potężny koszt, którego nie da się sfinansować z normalnych kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia, wyliczanych na podstawie zrealizowanych procedur. NFZ ledwie spina swój własny budżet i regularnie opóźnia wypłaty za tzw. nadwykonania.
Szpitale MON zostały więc wepchnięte w patologiczną rolę. Biorą na siebie ciężar polityki obronnej, funkcjonując na „kredycie bez umowy”.
Szpital wojskowy ma zadania na czas wojny i kryzysu, a tę część gotowości, której resort nie zlecił mu w osobnej umowie i nie opłacił, finansuje na kredyt, którego nikt z nim nie podpisał.
– wskazuje ekspert.
W tej chorej grze państwo – poprzez Ministerstwo Obrony Narodowej – umywa ręce od bieżącego finansowania, stając się jedynie „żyrantem mimo woli”. Zgodnie z prawem, gdy szpital wojskowy zbankrutuje lub zostanie zlikwidowany, Skarb Państwa i tak będzie musiał uregulować jego astronomiczne zadłużenie powiększone o gigantyczne odsetki (Dla szpitali wojskowych podmiotem tworzącym jest Minister Obrony Narodowej, działający w imieniu Skarbu Państwa – wyjaśnienie red.).
Zanim jednak decydenci przejdą do gaszenia pożaru, o ile w ogóle będą chcieli to zrobić, muszą przestać karmić się złudzeniami, które gen. Gielerak bezlitośnie punktuje jako systemowe pułapki. Przede wszystkim: nikt nie wyciśnie pieniędzy na wojskową gotowość z NFZ – Fundusz sam tonie, mając na 2027 rok potężną, 16-miliardową lukę budżetową. Naiwnością jest też wiara, że zapaść wyleczy typowe „lanie betonu”. Zastrzyki setek milionów na same inwestycje nie zatrzymały długów, bo nowe mury i sprzęt nie leczą, a generują kolejne koszty utrzymania. Wreszcie – odtrąbiony politycznie sukces, jakim ma być reaktywacja Wojskowej Akademii Medycznej, to pieśń odległej przyszłości. Zanim uczelnia wypuści pierwszych lekarzy, minie co najmniej 2033 r. Szpitale potrzebują tlenu tu i teraz, a nie za siedem lat.
Czas decyzji: Trzy kroki znad przepaści
Dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego nie ma wątpliwości: zegar bije w zastraszającym tempie. Przyrost długu wymagalnego o 49 proc. w zaledwie jeden kwartał to wynik, którego nie da się przeczekać. Generał stawia sprawę jasno – potrzebne są natychmiastowe rozstrzygnięcia, których terminy wyznacza właśnie dopinany budżet na 2027 rok oraz nowelizacja ustawy o obronie Ojczyzny.
- Po pierwsze: pokryć straty. MON musi skorzystać z istniejących przepisów i zatrzymać spiralę długów poprzez pokrycie straty netto za 2025 rok. Każdy miesiąc zwłoki to miliony złotych wyrzucane w błoto na obsługę odsetek, podczas gdy szpitale w Bydgoszczy czy innych miastach zalegają z wypłatami dla dziesiątek lekarzy.
- Po drugie: stworzyć tytuł prawny. Wojskowa medycyna musi przestać utrzymywać się z resztek z cywilnego stołu. Koszt gotowości na wojnę powinien spoczywać na barkach tego, kto tę wojnę bierze pod uwagę – Ministerstwa Obrony Narodowej. Wzorem Niemiec czy Francji, elementarna gotowość obronna szpitali powinna mieć stałe, uregulowane prawnie źródło finansowania wprost z budżetu obronnego państwa.
- Po trzecie: uczciwie wycenić. Gielerak wskazuje, że państwo wciąż uważa, że gotowość to magazyn i nowe łóżka. Tymczasem prawdziwa gotowość to wykwalifikowany personel stojący przy tym sprzęcie. Konieczny jest natychmiastowy audyt, który realnie wyceni koszt utrzymania personelu w trybie dyżurowym i rezerwowych zasobów, a nie tylko „grubszych murów”.
„Czwarta droga” dla najsłabszych
Dla niektórych szpitali ułomny system okazał się jednak zabójczy, pozbawiając ich jakiejkolwiek konkurencyjności na lokalnych rynkach medycznych. Nie mają kim leczyć, sprzęt rdzewieje, a długi paraliżują wszelkie ruchy. Profesor Gielerak rzuca na stół najbardziej kontrowersyjną, a zarazem najbardziej pragmatyczną propozycję, zwaną „czwartą drogą”.
Dla najsłabszych ośrodków wojskowych ratunkiem ma być... całkowite przeobrażenie i fuzja z cywilnymi uczelniami medycznymi. Zamiast wegetować i porastać kurzem na uboczu, wojskowy szpital kliniczny mógłby stać się autonomiczną częścią potężnego uniwersyteckiego centrum. Model ten – z powodzeniem testowany przez armię USA – zakłada logiczny podział ról. Cywilni specjaliści biorą na siebie ostre przypadki z zakresu ratowania życia i wysoce specjalistyczne procedury, a wojskowi lekarze skupiają się na dziedzinach o krytycznym znaczeniu dla armii: chirurgii rekonstrukcyjnej, ortopedii zaplanowanej czy protetyce.
W odróżnieniu od wymuszonej administracyjnie fuzji odległych placówek, jakiej wojskowa służba zdrowia doświadczyła w minionej dekadzie, wspólna lokalizacja usuwa główne źródło kosztów i oporu poprzedniej konsolidacji, czyli odległość.
– czytamy.
Sęk w tym, że – stosując nomenklaturę piłkarską – okno transferowe na ten ratunkowy manewr właśnie się zatrzaskuje. Na sfinansowanie takiej fuzji i rozbudowę wojskowo-cywilnych oddziałów czeka w Funduszu Medycznym gigantyczna pula ponad 1,1 miliarda złotych. Gdzie haczyk? Szpitale mogą po nią sięgnąć tylko do 30 października. Decyzje muszą zapaść natychmiast, w przeciwnym razie wojskowa medycyna straci i pieniądze, i rynkową szansę na przetrwanie.
Jeżeli ustawa budżetowa na 2027 rok po raz kolejny zignoruje postulat rzetelnego, stałego opłacania wojskowej ochrony zdrowia, zamiast potężnego filaru bezpieczeństwa, doczekamy się kosztownej powtórki z historii. Jak podsumowuje gen. Gielerak: państwo i tak za to zapłaci. Zapłaci świadomie i z góry – budując bezpieczny system, albo zapłaci po fakcie i ze stratą – przejmując długi likwidowanych jednostek.
***
Czołgi nie uratują rannych, a zadłużone szpitale nie wygrają wojny. Diagnoza postawiona przez gen. Grzegorza Gieleraka to kubeł zimnej wody (który z kolei?!) dla rządzących. Zamiast karmić się iluzją darmowej gotowości, polska armia potrzebuje uczciwego, systemowego finansowania swojego medycznego zaplecza.