- Grupa ludzi, która stała w namiocie całą noc, a potem została brutalnie pobita i rozpędzona przez strażników miejskich, była tą wysepką normalności w naszym kraju - mówi portalowi Fronda.pl dziennikarz. - Władza pokazuje, że boi się nawet tak niewielkiej grupy ludzi, boi się nawet pokojowych demonstracji. Wysyła przeciw nim uzbrojone oddziały strażników miejskich.
Ale czego się boi władza? - Nie tyle ludzi, którzy tam stoją, ile komunikatu, który próbują przekazać. A ten komunikat jest prosty - że nikt nie może się czuć bezpiecznie w kraju, który nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa głowie państwa i 95 innym, ważnym osobom życia publicznego.
Władza jest nim przerażona. Przerażona tym, że ktoś jest w stanie zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są, że ktoś jest w stanie nazwać naszą rzeczywistość po imieniu. To próba zaapelowania do najprostszych, elementarnych potrzeb obywateli, jakim jest poczucie bezpieczeństwa, i wykazanie, że żaden z nich nie jest bezpieczny, jeżeli żyje w państwie, które nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa prezydenckiej delegacji jadącej do Katynia. Instytucjonalizowana nieodpowiedzialność, jaka ma miejsce w naszym kraju, jest tolerowana przez obywateli. W związku z tym, jeżeli my tolerujemy ten rodzaj nieodpowiedzialności, to jesteśmy społeczeństwem nienormalnym. Ta grupa ludzi, która stała w namiocie całą noc, a potem została brutalnie pobita i rozpędzona przez strażników miejskich, była tą wysepką normalności w naszym kraju.
I co z tą prawdą o smoleńskiej katastrofie?- Już jej nie poznamy, skoro Tusk oddał śledztwo w ręce Putina, człowieka, który jest mordercą, człowieka, który ma krew na rękach, i na którym ciąży odpowiedzialność za eksterminację narodów Kaukazu, odpowiedzialność za skrytobójcze śmierci wielu dziennikarzy i polityków, w kraju, w którym 70 proc. ludzi zaangażowanych politycznie wywodzi się z KGB - mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl Jan Pospieszalski.