- Zaparkowałam prawidłowo, w miejscu wskazanym przez straż miejską. Nie stwarzałam ni dla kogo kolizji. Każdy, kto obok parkował miał dostęp. Chodziliśmy do tego samochodu parokrotnie. Jedynie, że przez szybę bagażnika pozostawał widoczny duży kosz z kwiatami biało-czerwonymi z czarnym kirem do przystrojenia ołtarza w archikatedrze - mówi o wydarzeniu szefowa Warszawskiego klubu „GP”.
- Około godz. 15 przyszłam do samochodu z kilkoma osobami, które pomogły mi wyjąć ten kosz i zanieść prosto do archikatedry. Oczywiście, kiedyśmy go wyjmowali, to wzbudziło jakieś zainteresowanie przechodniów. Wieczorem, już po uroczystościach, odjechałam tym samochodem prosto do domu.
Dziwić może ten fakt, iż 10 kwietnia do pilnowania porządku w Warszawie było zaangażowano dużo strażników miejskich.
Charakter zniszczenia nie pozostawia wątpliwości, że zrobiono to umyślnie - auto zostało porysowane bardzo ostrym narzędziem, najprawdopodobniej gwoździem. - Przy porysowaniu samochodu płaci się za każdy element. Obecnie mam porysowany cały bok w kilku miejscach, każdy jego element – jedne drzwi, drugie, tył, błotnik. To są wszystko oddzielne elementy, więc osoba, która niszczyła ten samochód, doskonale wiedziała, że koszty będą bardzo duże. Bo za lakierowanie każdego elementu płaci się oddzielnie. Nawet jeżeli jest to tylko kreska, płaci się nie za nią jedna, lecz za wylakierowanie całego elementu.
Anita Czerwińska zapowiada zgłoszenie sprawy na policję.