Już sam dobór rozmówców do filmu wiele wyjaśnia. Twórcy „Śmierci prezydenta” zdecydowali się z Aleksandrem Stepczenką (byłym kierownikiem lotniska w Smoleńsku), Siergiejem Jakimowem (rosyjskim dziennikarzem), byłym ministrem Jerzym Millerem, członkami jego komisji Maciejem Laskiem i Wiesławem Jedynakiem oraz publicystą Konstantym Gebertem, współpracującym z „Gazetą Wyborczą” (ojciec Geberta, jak na ironię, był sowieckim agentem).
W filmie nie występuje żaden ekspert związany z parlamentarnym zespołem Antoniego Macierewicza, żaden inny naukowiec podważający oficjalną wersję katastrofy ani żaden polski dziennikarz śledczy. A o hipotezach odmiennych od wniosków postawionych przez MAK i komisję Millera mówi się w „Śmierci prezydenta” krótko: teorie spiskowe.
Film uderza przede wszystkim w polskich pilotów. To ich nieudolność miała być główną przyczyną katastrofy. Zdaniem twórców „Śmierci prezydenta”, załoga wykorzystywała podczas podejścia radiowysokościomierz w miejsce wysokościomierzy barometrycznych” i dlatego nie miała świadomości, na jakiej wysokości się znajduje. Zarzut ten oparto na ustaleniach komisji Millera - dziś wiemy, że nieprawdziwych.
Autorzy filmu wyemitowanego przez National Geographic stwierdzili także, że załoga Tu-154 zrobiła błąd, próbując odejść na tzw. drugi krąg przy użyciu autopilota, chociaż lotnisko w Smoleńsku było pozbawione systemu lądowania ILS. To oczywiście kłamstwo. Możliwość tzw. odejścia w automacie na lotnisku pozbawionym ILS potwierdził eksperyment, jaki przeprowadzono w 2011 r. na bliźniaczym tupolewie (nr 102). Piloci wiedzieli też, jak to się robi.
W filmie podtrzymana jest oczywiście wersja mówiąca o zejściu samolotu Tu-154 tuż nad ziemię, uderzeniu w brzozę i stracie części skrzydła. „Śmierć prezydenta” całkowitym milczeniem pomija przy tym wyniki symulacji komputerowej prof. Wiesława Biniendy (także eksperta zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej), przeprowadzonej przy użyciu specjalistycznego programu LsDyna3D. Dowiodła ona, że nawet gdyby Tu-154 zaczepił o brzozę, nie straciłby w wyniku tego zderzenia fragmentu skrzydła.
„Śmierć prezydenta” to także szereg innych kłamstw. Lot Tu-154 do Smoleńska nie był lotem cywilnym, jak stwierdza się w kanadyjskim filmie, lecz lotem wojskowym - z tego właśnie powodu Organizacja Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego (ICAO) odmówiła przyjęcia rosyjskiego i polskiego raportu ws. katastrofy.
Nieprawdą jest też, że do zderzenia samolotu z ziemią nie było żadnych awarii. Zapisy TAWS i FMS, cytowane nawet w rosyjskim raporcie MAK, wyraźnie wskazują, że kluczowe urządzenia pokładowe - a więc właśnie FMS, jak i rejestratory lotu - przestały działać, gdy samolot był jeszcze w powietrzu. Jako pierwsza pisała o tym zresztą „Gazeta Polska”, ujawniając, że komputer pokładowy FMS przerwał pracę kilkanaście metrów nad ziemią, ok. 60 m przed miejscem pierwszego zderzenia z gruntem.
Parokrotnie w filmie pada również stwierdzenie, że na miejscu katastrofy odnaleziono wszystkie czarne skrzynki. To manipulacja: w Smoleńsku nie odnaleziono bowiem rejestratora K3-63, zapisującego ważne parametry, takie jak gwałtowne przeciążenia, w tym tzw. twarde lądowania. Rejestrator K3-63 był opancerzony i miał kilkadziesiąt centymetrów długości; powinien przetrwać katastrofę.
Dopełnieniem smutnego obrazu całości filmu są dwa elementy jakby żywcem wyjęte z przemówień kremlowskich ideologów: określenie rocznicy zbrodni katyńskiej mianem „kontrowersyjnej” oraz zakończenie dokumentu zdaniem:
„Ostatecznie dwa historycznie zwaśnione państwa potrafiły dojść do porozumienia i pracować razem, by osiągnąć wspólny cel”.