Cezary Gmyz ujawnił dzisiaj w tygodniku "Do Rzeczy" listę inwigilowanych dziennikarzy, którzy zajmowali się różnymi aferami za poprzedniej ekipy rządzącej.
CZYTAJ WIĘCEJ: Dziennikarze "Gazety Polskiej" na liście inwigilowanych. Bo opisywali korupcję
W artykule znalazł się również fragment: "Przy tej okazji śledzono dziennikarzy "Gazety Polskiej" opisujących kontakty między sędzią sądu administracyjnego a sędzią SN".
Chodzi m.in. o tekst: "Ujawniamy szczegóły śledztwa ws. korupcji w SN"
"Przez prawie cztery lata Centralne Biuro Antykorupcyjne gromadziło dowody ws. korupcji w świecie palestry i sądownictwa. Pod koniec września prokuratura umorzyła jednak śledztwo. Dotarliśmy do szczegółów tej sprawy, która w normalnym, demokratycznym państwie z pewnością zakończyłaby się aktem oskarżenia" - pisali Dorota Kania, Dawid Wildstein i Samuel Pereira.
Informacją o inwigilacji oburzona jest dziennikarka śledcza "Gazety Polskiej", którą poprosiliśmy o komentarz.
- Inwigilacja dziennikarzy jest bardzo bulwersująca i naganna. Jeżeli służby w ten sposób pozyskują informacje, jest to łamanie podstawowych praw demokracji - mówi Dorota Kania.
- Tym bardziej, że inwigilacja dotyczyła dziennikarzy opisujących korupcję w wymiarze sprawiedliwości. Cały aparat tego wymiaru został wykorzystany żeby rozpracowywać dziennikarzy badających korupcję w tymże wymiarze sprawiedliwości. To naganne - podkreśla dziennikarka.