Według katowickiej Gazety Wyborczej "Krzysztof T. z założonym na szyi szalikiem spokojnie wysiada z pociągu i idzie peronem w stronę przejścia podziemnego. Nagle pojawia się przed nim policjant, podnosi do góry strzelbę gładkolufową i z kilku metrów strzela pociskiem hukowym [jego łuska jest tekturowa, ma też filcową zatyczkę - przyp. red.]. Kibic dostaje w twarz zatyczką pocisku, która wbija się mu w nos. Ogłuszony i zakrwawiony mężczyzna pada na beton. Policjanci nie udzielają mu pomocy. Z nagrania wynika, że kibic spokojnie szedł po peronie Krzysztof T. sam dociera do szpitala, gdzie lekarze zszywają mu nos. Kilkadziesiąt minut później zostaje zatrzymany przez policję. Zarzut: czynna napaść na funkcjonariusza. Po trwającym kilka miesięcy śledztwie prokuratura umarza jednak to postępowanie. "Nie ma żadnych dowodów potwierdzających, że Krzysztof T. dopuścił się zarzucanego mu czynu" piszą śledczy".
Naomiast 24 lutego 2014 r. Krzysztof T. zawiadomił w prywatnym akcie oskarżenia prokuraturę o przekroczeniu uprawnień przez policjanta, który do niego strzelił. Zarzuca mu również uszkodzenie ciała. Śledczy wysyłają zeznania świadków, zabezpieczony filmik, a także broń policjanta do biegłego z zakresu balistyki. Wydaje on opinię, z której wynika, że funkcjonariusz strzelił do Krzysztofa T. z odległości 3-4 metrów, z pozycji wyprostowanej, a lufa była na wysokości głowy poszkodowanego co jest sprzeczne ze sztuką, bo z broni gładkolufowej nie wolno mierzyć tak wysoko. Mimo tych dowodów prokuratura umarza śledztwo dotyczące użycia broni przez policjanta. Powód? Śledczy nie mogą go oskarżyć o coś, za co już odpowiada przed sądem. 19 sierpnia włączają się więc do wytoczonego przez Krzysztofa T. procesu funkcjonariusza. - Występujemy w nim w charakterze oskarżyciela publicznego - przyznaje prokurator Słuszniak. - Jesteśmy jednak jak najbardziej zainteresowani rzetelnym wyjaśnieniem tego przypadku - mówi "Gazecie Wybirczej" podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej w Katowicach.