Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Śledczy ujawnią smoleńskie stenogramy. Macierewicz: oby obeszło się bez "cudów nad taśmą"

Po niemal pięciu latach od katastrofy smoleńskiej prokuratura wojskowa ujawni w środę stenogramy z wieży w Smoleńsku oraz z samolotu Jak-40, który 10 kwietnia 2010 r.

Autor:

Po niemal pięciu latach od katastrofy smoleńskiej prokuratura wojskowa ujawni w środę stenogramy z wieży w Smoleńsku oraz z samolotu Jak-40, który 10 kwietnia 2010 r. lądował niedługo przed tupolewem. Antoni Macierewicz, przewodniczący smoleńskiego zespołu parlamentarnego, mówi nam: - To dobra informacja. Mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez "cudów nad taśmą".

Stenogramy zostaną opublikowane w całości. Nie wszystkie wypowiedzi udało się jednak zrozumieć. Nad analizą nagrań pracowali biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie.

- Cieszę się, że wreszcie stenogramy zostaną przedstawione opinii publicznej. Po taśmie z wieży w Smoleńsku nie spodziewam się większych rewelacji, ciekawe informacje może za to przynieść nagranie dokonane na magnetofonie pokładowym Jaka-40. Jak twierdził nieżyjący już chorąży Remigiusz Muś, technik pokładowy z Jaka, wieża w Smoleńsku kazała zejść załodze aż do 50 m. Wersję tę potwierdza Artur Wosztyl, pilot Jaka-40. Mam jedynie nadzieję, że obejdzie się bez "cudów nad taśmą". Przypomnę, że polskie służby przejęły taśmę z Jaka już wieczorem 10 kwietnia 2010 r. i od tego czasu jest ona badana. Trwa to już ponad 4,5 roku, co może budzić poważne wątpliwości - mówi portalowi niezalezna.pl Antoni Macierewicz.

Chorąży Remigiusz Muś mówił "Gazecie Polskiej" niedługo przed śmiercią o konieczności porównania nagrań z Jaka-40 z zapisami z wieży. „Byłoby to potwierdzeniem tego, co słyszałem w radiostacji, że Tu-154M dostał komendę zejścia na poziom nie mniejszy niż 50 m, a nie 100 m, jak utrzymują Rosjanie” – podkreślał Remigiusz Muś.

Muś poniósł śmierć w tajemniczych okolicznościach. 27 października 2012 r. jego ciało, wiszące na linie w piwnicy domu, znalazła żona. Lotnik nie zostawił listu pożegnalnego, ponadto następnego dnia miał umówione spotkanie ze znajomym - członkiem rodziny jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. Osierocił dwie kilkuletnie córki.

W grudniu 2012 r. - w związku z przedłużającymi się badaniami magnetofonu z Jaka-40 - "Gazeta Polska" opublikowała tekst pt. "Czy prokuratura czeka na samobójstwo Wosztyla?". Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski pisali w nim, że Artur Wosztyl jest jedyną osobą mogącą potwierdzić zeznania nieżyjącego Remigiusza Musia. W tekście tym por. Wosztyl następująco wspominał technika pokładowego Jaka-40: "Rozmawiałem z nim tydzień przed tym tragicznym zdarzeniem [śmiercią – przyp. red.]. Nie wyglądał na człowieka, który mógłby posunąć się do czegoś takiego. Naprawdę nic na to nie wskazywało. Informacją o śmierci Remka byłem więc ogromnie zszokowany. Tym bardziej że w ostatniej rozmowie ze mną, w piątek 19 października, Remek mówił, że ma bardzo dużo planów na nadchodzący tydzień. Razem mieliśmy być nawet na konferencji smoleńskiej, na którą zostaliśmy zaproszeni przez rodziny ofiar katastrofy. Ja przyszedłem, ale Remek z powodu innych zaplanowanych wcześniej spotkań nie mógł się tam pojawić". 

Pod koniec stycznia 2014 r. w samochodzie Artura Wosztyla "nieznani sprawcy" przecięli przewody hamulcowe. Jazda bez działających hamulców na oblodzonej drodze mogłaby zakończyć się tragicznie, na szczęście por. Wosztyl zorientował się, że auto nie jest sprawne. Pilot natychmiast zgłosił sprawę na policję, bo półtora miesiąca wcześniej doszło do identycznego zdarzenia. Policjanci potwierdzili wówczas, że przewody zostały przecięte celowo.

Autor:

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane