Prezydent wsiada do pendolino na Dworcu Centralnym. Jedzie z Warszawy do Gdańska, aby odwiedzić swoją mamę, Jadwigę Komorowską, z którą nie mógł spotkać się w święta, bo tyle ma na głowie obowiązków. Towarzyszą mu syn oraz BOR. Komorowski wybiera wagon drugiej klasy i w czasie podróży umila sobie czas kawą, lekturą gazet oraz książką o Władimirze Putinie – tak, w relacji „Faktu”, wyglądała przygoda prezydenta z pociągiem, który w sumie kosztował nas prawie 2 miliardy złotych.
Nie bardzo wiadomo, czy w przypadku tej ustawki chodziło o ocieplenie wizerunku Komorowskiego, czy może jednak pendolino. Trudno odgadnąć, ale sielska podróż prezydenta „superpociągiem” ma się do „przygód” zwykłych pasażerów nijak.
Informacje o awariach i opóźnieniach pendolino muszą już bowiem podawać nawet mainstreamowe media, ponieważ zgłaszają się do nich wściekli widzowie i słuchacze. „Supernowoczesny pociąg super szybko zakończył swoją podróż w Szeligach pod Warszawą” – napisał o pendolino do TVN internauta o nicku „kamilokrk”. Z kolei słuchacz RMF FM, jadący pendolino na innej trasie, zadzwonił do stacji z następującą wiadomością: „Usłyszeliśmy komunikat, że jest usterka systemu hamowania, że nie pojedziemy dalej”.
Z podróżą Bronisława Komorowskiego pendolino wyszło więc mniej więcej tak, jak z sesją Ewy Kopacz do magazynu „Viva!” – rzeczywistość sobie, a oni sobie.

fot. fakt.pl/print screen