Dwa protesty, które trafiły do sądu w Katowicach, wylądowały w koszu. Dlaczego? Ponieważ poczta dostarczyła je sądowi zbyt późno. I nie miało znaczenia to, że protesty wysłano w przepisowym terminie.
Twórcy polskiego Kodeksu wyborczego zapomnieli zaznaczyć w nim, że protesty w wyborach samorządowych mogą być do sądów wysłane pocztą – pisze Wojciech Wybranowski w portalu dorzeczy.pl. Przez to powstała luka, która pozwala na odrzucanie części zgłoszeń o nieprawidłowościach wyborczych.
Właśnie tak stało się z protestami, które do Sądu Okręgowego w Katowicach złożyli dwaj kandydaci na radnych z Jaworzna. Swoje protesty wyborcze wysłali listami poleconymi 29 listopada, do sądu dotarły 2 grudnia. Ten jednak ich nie rozpatrzył, ponieważ uznał, że choć zostały nadane w ciągu dwóch tygodni, które Kodeks wyborczy daje na złożenie protestu, to do sądu zostały doręczone dwa dni po tym terminie.
W art. 392 Kodeksu wyborczego zaznaczono, że w ciągu 14 dni od daty wyborów samorządowych protest musi trafić do sądu. Nie ma natomiast zapisu, że nadanie w placówce pocztowej w przewidzianym przepisami terminie protestu wyborczego jest równoznaczne z właściwym złożeniem go do sądu. To dość zaskakująca luka, ponieważ zapis taki znalazł się przy wyborach do Sejmu, Senatu, Parlamentu Europejskiego lub na prezydenta.
Niestety, nie ma danych, dzięki którym wiedzielibyśmy, czy do podobnych przypadków – jak w Katowicach – dochodziło również w innych sądach w Polsce i jaka jest skala zjawiska.