- Jechałem tunelem koło dworca, który był pusty. Policjant wlepił mi mandat 30 zł, bo nie wolno było tamtędy jeździć. Odmówiłem jednak przyjęcia mandatu – mówi o zdarzeniach z 2011 roku radny PiS. Według Waniewskiego nie stwarzał zagrożenia i policjant mógł go tylko pouczyć.
Wniosek o ukaranie radnego trafił do sądu rejonowego w Gliwicach. Sąd ukarał polityka grzywną, która nie została zapłacona. Zdecydowano więc o zastąpieniu jej jednym dniem aresztu.
Radny nie przypomina sobie, żeby dostał wyrok sądu na piśmie. Mimo to humor mu dopisuje. - Za Solidarności się nie załapałem, a teraz posiedzę symbolicznie. Traktuję to w kategoriach przygody – powiedział.
Zawiadomienie o wykonalności decyzji sądu przyszła do Marka Waniewskiego 7 grudnia. Wczoraj radny stawił się w areszcie, celem odbycia kary.
- Gdy mnie zatrzymano, byłem w trakcie projektowania ścieżek rowerowych. Wtedy to był temat na czasie i myślałem, że w sądzie go "nagłośnię" – mówił.
Okazuje się, że polityk ma do odsiedzenia jeszcze dwa dni w areszcie. W 2012r. zaparkował za blisko przejścia dla pieszych i został ukarany mandatem w wysokości 100 zł, którego nie zapłacił. Sąd orzekł karę zastępczą w postaci dwóch dni aresztu. Nie wiadomo, czy obie te kary zostaną połączone i radny spędzi w areszcie trzy dni pod rząd.