Donald Tusk po krótkiej nieobecności (związanej z pobytem w szpitalu i kontuzją ręki) zorganizował konferencję prasową. Dziennikarze skorzystali z okazji i zadawali mnóstwo pytań. O kolejną wpadkę Bieńkowskiej, która stwierdziła "gdzie są bramki, tam są korki", sytuację na Ukrainie, embargo Rosji na polskie jabłka. Jeden z dziennikarzy zapytał również o wczorajszą decyzję sądu, który uznał, że śledztwo dotyczące odpowiedzialności urzędników za organizację lotów do Smoleńska (7 kwietnia i 10 kwietnia) powinno być wznowione i w całości uchylił postanowienie o umorzeniu.
Podczas komentarza Tusk cytował słowa sędziego, ale powiedział coś co szokuje. Stwierdził, że on sam jest "potencjalnym pokrzywdzonym" w tym śledztwie. Wprawdzie nie skorzystał z takiego statusu, ale mógł. Przypomnijmy jednak, że śledztwo dotyczyło przekroczenia uprawnień przez urzędników i funkcjonariuszy kancelarii prezydenta, MSZ, MON, polskiej ambasady w Moskwie, a także Kancelarii Premiera!
Donalda Tuska zapytano również o profesora Wiesława Biniendę, który został powołany w skład Rady Ekspertów ds. Nauki i Techniki, doradzającemu prezydentowi USA Barackowi Obamie. A w Polsce ekspert parlamentarnego zespołu posła Antoniego Macierewicza był ofiarą niewyobrażalnego ataku mediów sprzyjających Platformie Obywatelskiej. Tusk miał ogromny problem z logiczną i składną odpowiedzią.
- To jest pytanie do prezydenta Baracka Obamy, więc proszę się do niego zwrócić. Na pewno ma wyrobiony pogląd na temat profesora Biniendy. Nie mam żadnego poglądu na temat doradców prezydenta Obamy, pewnie ma taki sam stosunek do moich doradców. Każdy dobiera takich ekspertów... (tutaj Tusk zawahał się) jakich potrzebuje - stwierdził premier.