We wtorek prezydent Rosji Władimir Putin podpisał traktat o przyjęciu Republiki Krymu i Sewastopola do Federacji Rosyjskiej. Czy w tej sytuacji Kijów zamierza interweniować na półwyspie?
Władze ukraińskie od pierwszego dnia okupacji rosyjskiej, starają się zrobić wszystko, aby uniknąć eskalacji konfliktu. Jednak kierownictwo Rosji rękami marionetek, którym wręczyło władzę w Republice Autonomicznej Krymu, robi wszystko, aby do tej deeskalacji nie dopuścić. A jak zrozumieliśmy po wtorkowym wystąpieniu Putina na Kremlu, głównym celem FR jest wręcz rozpętanie wojny na szeroką skalę. Nie tylko na Ukrainie, ale na terenie całej Europy Środkowej. Jeżeli sytuacja na Krymie się uspokoi – nawet gdy nic się nie zmieni ws. odłączenia tej części od terytorium Ukrainy – to Moskwa nie powinna mieć powodu do kontynuowania swojego natarcia na kolejne kraje Europy Wschodniej. Ale moim zdaniem, niezależnie od tego, co głosi opinia publiczna, Polska i kraje bałtyckie znajdują się w takiej samej strefie niebezpieczeństwa, jak sama Ukraina.
Czy uważa Pan, że mogłoby w tej sytuacji w najbliższym czasie dojść do konfliktu zbrojnego z Rosją?
Nie mogę teraz niczego prognozować, bo mamy do czynienia z paranoidalną świadomością. Sytuacja na Krymie mogła zostać uregulowana już wielokrotnie. (...) Chcę, abyście zdali sobie sprawę z jednej prostej rzeczy, którą może w Polsce nie wszyscy rozumieją. Rosja chce wojny, a nie pokoju. Dla niej wojna na Krymie to możliwość rewizji porządku światowego, który powstał po konferencji jałtańskiej w1945 r. i który ostatecznie doprowadził do przegranej Związku Sowieckiego w zimnej wojnie. Obecnie jesteśmy świadkami próby zrewidowania tego porządku za pomocą tzw. wojny gorącej. Moskwa chce ponownie zainstalować dominację reżimu autorytarnego na dużej przestrzeni Europy, w tym na Ukrainie, w krajach bałtyckich i w Polsce.
Cały wywiad został opublikowany w dzisiejszym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”