W połowie stycznia poinformowano o pomyśle ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego ustanowienia Nagrody Solidarności. Zostanie ona po raz pierwszy przyznana 4 czerwca - w 25. rocznicę pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych. Otrzyma ją osoba, „która kierując się zasadami solidarności przyczyniła się do szerzenia demokracji”.
Jak pisał portal niezalezna.pl, nagroda będzie się składała z trzech segmentów: 250 tys. euro otrzyma laureat, 700 tys. euro będzie przeznaczone na programy polskiej pomocy rozwojowej wskazane przez nagrodzonego i 50 tys. euro na podróż studyjną laureata po Polsce.
Czy Nagroda „Solidarności” była konsultowana z Panem czy innymi przedstawicielami NSZZ „Solidarność”?
Nikt w żadnej formie nie konsultował z „Solidarnością” Nagrody Solidarności. Jest to wyłącznie inicjatywa strony rządowo-prezydenckiej. Nasz związek nie ma wpływu na to komu i za co będzie przyznana nagroda, którą tytułuje się naszym imieniem.
Wiele o nagrodzie się mówi, ale tylko 25 proc. z niej ma trafić na ręce wytypowanego laureata. Cała sprawa wygląda dosyć dziwnie, czy to nie jest marnowanie 1 mln euro?
Trudno nam się odnosić do szczegółów, ale wiele wskazuje na to, że nagrodę dostanie ktoś kto już wiele razy nadstawiał pierś do orderów, a więc mający przychylność władz.
W Polsce jest ogromna rzesza bohaterów „Solidarności”, którzy są dzisiaj zapomniani i którym państwo żałuje środków na godne życie. Od lat nie uregulowano spraw związanych ze świadczeniami dla weteranów opozycji, z których wielu żyje w nędzy. I dzisiaj ogłasza się nagrodę, której żaden z tych zwykłych ludzi zapewne nie otrzyma. To jest smutne.
Kogo Pan uhonorowałby mając do dyspozycji taką sumę pieniędzy?
Ten milion euro przeznaczyłbym na świadczenia właśnie dla nich. To byłby prawdziwy pomnik dla bohaterów, dzięki którym wielu dzisiejszych polityków jest przy władzy.