Okazało się, że Jan Sz. jest właścicielem krakowskich agencji reklamowych. Ma również sieć klubów go-go w całej Polsce, ale dopiero po otwarciu lokalu przy Krakowskim Przedmieściu zrobiło się głośno wokół jego działalności, a także wokół samego właściciela - informuje TVN24. W lutym rozpocznie się proces, w którym Jan Sz. występuje w roli oskarżonego o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. – Jej celem było popełnianie przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów i przestępstw karno-skarbowych – mówi Beata Górszczyk z sądu okręgowego w Krakowie.
w trwającym kilka lat śledztwie na jaw wyszły, zdaniem prokuratury, inne winy oskarżonego. - Związane z zabezpieczonymi na dyskach komputerów treściami o charakterze pornograficznym. Chodzi o treści związane z użyciem przemocy i z udziałem małoletnich poniżej lat 15. Według aktu oskarżenia, oskarżony miał je dalej rozpowszechniać. Stąd również te zarzuty – wyjaśnia Górszczyk.
Do tego w latach 2005-08 Sz. miał sieć biur tłumaczeń "Symultanka". Akt oskarżenia, obejmujący ponad 40 osób, dotyczy m.in. fałszowania podpisów pod tłumaczeniami zagranicznych dokumentów sprowadzanych do Polski samochodów. System oparty na drukach in blanco rozsyłanych do kilkudziesięciu filii biura przy izbach celnych sprawił, że miesięczne obroty "Symultanki" szły w setki tysięcy złotych. W dużej części niewykazywanych wobec skarbówki.
Sprawą lokalizacji klubu go-go na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciwko kościoła św. Anny, zbulwersowani są warszawiacy. - To skandaliczna sytuacja, to jakby ktoś napluł nam w twarz – mówił „Naszemu Dziennikowi” ks. Bartołd. - Przechodziłem, widziałem, to skandal i wstyd – podkreślał.
Zaniepokojenie wyrazili też kombatanci Batalionu AK "Parasol". Krakowskie Przedmieście 55 (gdzie klub się znajduje) to dla nich symbol – znajduje się tam tablica upamiętniająca akcję przejęcia przez żołnierzy z "Parasola" leków z niemieckiej apteki i przekazanie ich powstańczym szpitalom.