- Polska cały czas płaci haracz za gaz. Dziś rosyjski gaz jest bardzo drogim surowcem, a dla Polski jest on najdroższym z możliwych, ponieważ Kreml wykorzystuje swoją pozycję monopolistyczną. W roku 2010 można było zmienić czas dostaw rosyjskiego gazu, a zrobiono dokładnie odwrotnie. Rząd Donalda Tuska realizował wtedy taką samą politykę, jaką realizuje w tej chwili Janukowycz, czyli politykę zbliżenia do Moskwy. Więcej gazu za złudę bezpieczeństwa dostaw i lepszych warunków finansowych. To, co zrobił prezydent Ukrainy, Donald Tusk przeprowadził w 2010 r., tylko oczywiście chodziło bardziej o wydłużenie czasu uzależnienia do 2022 r. i zwiększenie o ponad 2 mld metrów sześciennych dostaw ze wschodu - powiedział nam Janusz Kowalski.
- Sytuacja na Ukrainie po raz kolejny dowodzi, że Rosja traktuje surowce energetyczne, przede wszystkim gaz ziemny i ropę naftową, jako instrument polityki zagranicznej i umacniania swoich wpływów politycznych w Europie środkowowschodniej i wschodniej. Nie jest to oczywiście żadna nowość. Ta sytuacja może naiwnemu gabinetowi Donalda Tuska po raz kolejny uzmysłowić, że jest to 6 lat zmarnowanych. Opóźnienie i na szczęście kontynuowanie budowy terminalu LNG to właśnie ten czas, w którym trzeba było się uniezależnić infrastrukturalnie od dostaw rosyjskich węglowodorów ze wschodu. Po to, żeby nie było sytuacji szantażu tak jak dzisiaj, gdy 100 proc. gazu importowanego do Polski to gaz rosyjskiego pochodzenia. Bo nawet jeżeli on jest importowany w niewielkich ilościach zza zachodniej granicy, to jest to dalej rosyjski gaz, który najpierw był przesłany do Niemiec. Polska musi wybudować połączenie na linii północ-południe, czyli terminal LNG w Świnoujściu i połączenie z Baltic Pipe, żeby czuć się bezpiecznie. Dopóki nie mamy tych rur, będziemy płacić jedną z największych stawek za gaz w Europie – dodał analityk.