Pierwszy rozłam, o czym pisała „Codzienna”, pojawił się w rządzącej Partii Regionów między obozem młodych reformatorów skupionych wokół wicepremiera Serhija Arbuzowa a „starą gwardią” premiera Mykoły Azarowa. Punktem kulminacyjnym ich starcia było fiasko podpisania podczas listopadowego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie umowy stowarzyszeniowej z UE. – Dokument zostanie podpisany na 100 proc. – przekonywał Arbuzow w ubiegły piątek. Kilka godzin później prezydent Janukowycz opuścił stół negocjacyjny w Wilnie. Umowy nie podpisał. Kolejna rysa w Partii Regionów pojawiła się w sobotę, 30 listopada, po tym jak wczesnym rankiem jednostki specjalne Berkut brutalnie rozpędziły manifestantów śpiących w miasteczku namiotowym ustawionym na Majdanie Niepodległości w Kijowie. Posłowie Dawid Żwania, Inna Bogosłowka i Mykoła Rudkowski w proteście opuścili frakcję Partii Regionów w parlamencie. W poniedziałek dołączył do nich Władymyr Melnyczenko. Oczekuje się, że liczba „rozłamowców” będzie rosła. „Z frakcji może wyjść 15–20 deputowanych” – cytuje anonimowego posła partii Janukowycza portal lb.ua.
Nastroje rozłamowe dosięgnęły także przedstawicieli ukraińskich resortów siłowych. W niedzielę, 1 grudnia, w ukraińskich mediach pojawiło się oświadczenie kilku generałów, którzy otwarcie potępili okrucieństwo funkcjonariuszy Berkutu. „Domagamy się postawienia przed sądem odpowiedzialnych za haniebne czyny, skierowane przeciwko życiu i zdrowiu ukraińskich obywateli i celujące w destabilizację sytuacji” – napisali wojskowi. – Kiedy partia rządząca zaczyna się rozpadać, to może być sygnał także dla sił bezpieczeństwa, w których ostatecznie również może dojść do rozłamu. Taki czarny scenariusz nie jest wykluczony – zauważa w rozmowie z „Codzienną” Witold Waszczykowski, b. wiceminister spraw zagranicznych i poseł PiS-u. Pytanie, jak zachowa się ukraińska armia, jest kluczowe dla rozwoju sytuacji na Ukrainie. W niedzielę, powołując się na anonimowe źródła w MSW, ukraińska agencja informacyjna LigaBiznesInfo podała, że do Kijowa z Charkowa wyrusza 40 autobusów z kadetami charkowskiej akademii wojsk wewnętrznych. W poniedziałek rano informację tę zdementował MSW, jednak już kilka godzin później na stronie resortu pojawił się komunikat, że do ukraińskiej stolicy ściągnięto „ok. 1 tys. żołnierzy wojsk wewnętrznych”. Niepokój wywołała również informacja o przybyciu w weekend do Kijowa dwóch samolotów, na których pokładzie mieli być funkcjonariusze rosyjskiej jednostki antyterrorystycznej Witiaź. – To tylko pogłoski – skomentowało te doniesienia ukraińskie MSW.
Otwarcie o pomoc militarną Rosji poprosił zaś parlament Sewastopola, w którym stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska. Pomysłodawcą apelu był sewastopolski radny Partii Regionów Serhej Smolianinow, który otwarcie mówi, że za protestami na Ukrainie stoją „Unia Europejska, zachodnie służby specjalne oraz ich agenci”. „Prosimy o okazanie pomocy bratniemu narodowi [Ukrainy]. […] Prosimy pana o uzgodnienie z rządem Ukrainy wprowadzenia na terytorium tego państwa sił zbrojnych Rosyjskiej Federacji dla obrony przed armią USA i natowskich agresorów” – czytamy. Moskwa odmówiła jednak ingerencji w ukraiński konflikt. – Żadnego żołnierza rosyjskich sił wewnętrznych poza granicami Federacji Rosyjskiej nie ma i być nie może – oświadczył rzecznik rosyjskiego MSW pułkownik Wasilij Panczenkow w rozmowie z agencją Interfax. W rychłą interwencję rosyjskich wojsk na Ukrainie wątpi również Waszczykowski. – Na razie wydaje mi się to mało prawdopodobne. Mimo że na Ukrainie stacjonują rosyjscy żołnierze. To byłoby pogwałceniem wszelkich standardów międzynarodowych. Nie ma aż takiego rozchwiania politycznego na Ukrainie, by ktoś z zewnątrz musiał tam interweniować – wyjaśnia b. wiceminister spraw zagranicznych.
Wczoraj prezydent Ukrainy zadzwonił do szefa KE José Manuela Barroso i poprosił o konsultacje ws. umowy stowarzyszeniowej z UE. Barroso wyraził zgodę, ale na razie nie wiadomo, kiedy odbędą się rozmowy. Demonstranci zaś nie zamierzają ustępować. – Opozycja zablokowała w Kijowie wszystkie instytucje rządowe i nie wpuściła urzędników do pracy. Ale akcja jest jak najbardziej pokojowa – mówi korespondent „Codziennej” w Kijowie Wiktor Potocki.