Reżyser w czwartek brał udział w spotkaniu organizowanym przez Agorę w związku z promocją poświęconej mu, opartej na aktach IPN, książki „Wajda podejrzany” autorstwa dziennikarzy Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki.
"Gazeta Polska Codziennie" zadała reżyserowi podczas spotkania w siedzibie wydawcy „Gazety Wyborczej” pytanie o przyczyny pominięcia przez niego kwestii zbrodni katyńskiej w swoich CV, np. jako kandydata na Akademię Sztuk Pięknych i jako przyszłego senatora klubu OKP w wyborach do parlamentu kontraktowego w 1989 r. Pytany zaskoczył nas wyjaśnieniem, że wydawało mu się to nieistotne w ówczesnych okolicznościach. Powiedział też nam, co dla niego znaczy mord w Katyniu. – Dla mnie Katyń to nie zbrodnia na polskich oficerach. To zbrodnia na polskiej matce, która przez 50 lat czekała na ojca – stwierdził.
Tym samym jego słowa, że na początku pracy zawodowej heroiczne postawy patriotyczne były dla niego czymś nie do przyjęcia, nabrały szczególnego kontekstu. – Uznaliśmy wtedy, że Polaków trzeba z pewnych rzeczy wyleczyć. Przede wszystkim z Powstania Warszawskiego. To było dla nas wtedy najważniejsze – mówił Wajda o grupie filmowców, z którymi współpracował.
Pytany o stosowane przez niego wówczas metafory, które miały odstręczać od bohaterskiego patriotyzmu, wyjaśnił, jak powstały do dziś najsilniej krytykowane sceny z filmów takich, jak „Lotna”, „Popiół i diament” czy „Pokolenie”. – Te wszystkie filmy naraziły cię na ataki moczarowców. I oto dziś apologeci polityki historycznej mówią w tym samym duchu o pedagogice wstydu, o zdradzie, gdzie kala się Polskę i poniża Polaków – zachęcał Wajdę do odpowiedzi prowadzący spotkanie Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego „GW”.
Reżyser przyznał, że celowo – wbrew faktom historycznym – umieścił w filmie „Lotna” scenę szarży polskich ułanów na niemieckie czołgi. – Dlaczego przegraliśmy wojnę? Bo szliśmy „z lancami na czołgi”. Ktoś musiał odważyć się zrobić taką scenę. Padło na mnie – objaśniał Wajda.
Wajda odniósł się też do dodanej przez siebie poza scenariuszem sceny w filmie „Popiół i diament”, w której AK-owiec Maciek Chełmicki, walczący z komunistami, ginie na śmietniku.
– Wróg ludu podniósł rękę na komunistów, więc jego miejsce jest na śmietniku historii – mówił reżyser o zamierzonym, jak na zamówienie cenzury i komunistycznych władz, wydźwięku tego fragmentu filmu.