W internecie pojawiły się zdjęcia wykonane przez ekipę polskich archeologów, którzy przyjechali zbadać teren wokół lotniska w październiku 2010 roku. Jak wynika z ustaleń reporterów RMF FM, w hangarach stłoczone i przemieszane z ziemią były szczątki co najmniej jednej czwartej samolotu.
Jest to jednoznaczny dowód na to, że w czasie, gdy powstawały raporty MAK i komisji Millera, nikt nawet nie zadał sobie trudu, aby zbadać te części samolotu. Na zdjęciach zrobionych przez polską ekipę widać stertę kabli, fragmentów poszycia samolotu, a nawet rury i zawory.
Informację o przetrzymywaniu szczątków tupolewa w tak skandalicznych warunkach potwierdza nawet polska prokuratura. Elementy wraku były tak przechowywane aż do jesieni 2012 roku, a spora część leży w stłoczona w stertach w rosyjskich hangarach do dziś.
Żadnego problemu nie widzi jednak szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Maciej Lasek, który przekonuje, że... ekspertyzy tych szczątków i tak niczego by nie wniosły do raportów, ponieważ „eksperci i bez tych ustaleń byli w stanie z całą pewnością potwierdzić, co wydarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku”.
- Ekspertyzy tych szczątków nie wniosłyby do raportu komisji Millera niczego nowego Te szczątki nie miały żadnego znaczenia dla pracy komisji Millera (…) Nie ma potrzeby szukać jeszcze jakiegoś drobiazgu, gdzie nie ma żadnej poszlaki. Nic nie wskazuje na to, żeby przyczyna wypadku była inna niż zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania – tłumaczy Lasek.