Jak ujawnia „Nasz Dziennik” z zeznań funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu wynika jednoznacznie, że przed wylotem do Smoleńska nie odbyło się właściwe sprawdzenie samolotu pod względem pirotechnicznym.
Funkcjonariusze BOR przyznali, że ze względu na „utrudniony dostęp” pirotechnik z psem nie zbadał w całości luku bagażowego, trapu, podobnie jak zewnętrznej powłoki maszyny. Jeden funkcjonariuszy oświadczył nawet w prokuraturze, że odstąpił od tej czynności z powodu hałasu.
Z ustaleń „Naszego Dziennika” wynika też, że pod kątem pirotechnicznym nie zostały także sprawdzone części zapasowe maszyny, znajdujące się w luku w tzw. apteczce technicznej, po powrocie samolotu z remontu w Rosji w grudniu 2009 roku.
Poniżej publikujemy treść oświadczenia Naczelnej Prokuratury Wojskowej:
W dzisiejszym wydaniu „Naszego Dziennika”, w artykule autorstwa Zenona Baranowskiego pt. „Prokuratura wraca do pirotechników” zawarto informację, że „Prokuratura wojskowa wznawia przesłuchania funkcjonariuszy BOR odpowiedzialnych za zabezpieczenie samolotu, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem. Z zeznań odebranych od oficerów na początku tego roku wynika jednoznacznie, że…”.
Informacja ta jest nieprawdziwa. Prokuratorzy Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie (prowadzącej śledztwo dotyczące katastrofy smoleńskiej) nie przesłuchali w 2013 r. żadnego funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu, który 10 kwietnia 2010 r. wykonywał czynności związane ze sprawdzeniem samolotu Tu-154 M nr 101 pod kątem obecności materiałów wybuchowych. Dwóch funkcjonariuszy BOR przesłuchanych zostało 24 i 25 lipca 2012 r., a więc prawie rok temu.