Potwierdza raczej, że środowiska nowolewicowe nieźle sobie radzą tam, gdzie żyją nie tacy już młodzi i wykształceni w sam raz, żeby tyrać w korporacjach. Ale prowincjonalny społeczny elektorat jest właściwie poza ich zasięgiem. Ten elektorat do Lewicy niemal w ogóle nie należy. Także dlatego, że nowolewicowy język jest zbyt indywidualistyczny, ewidentnie wielkomiejski, ostentacyjnie wręcz progresywistyczny. Tymczasem Polska gminna i powiatowa wciąż żyje sprawami i potrzebami rodziny, jej heteronormatywnymi aspiracjami i troskami. To Polska, którą mało ciekawi żargon nowej lewicy. Ale sam Zandberg jest sprawnym mówcą. Dobrze wie, że o kwestiach społecznych trzeba mówić czytelnym, obrazowym językiem dotyczącym ważnych społecznych bolączek. I z pewnością politycy Prawa i Sprawiedliwości będą musieli nauczyć się z nim dyskutować.