Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Polityka

Człowiek wielkiej epoki. Jakub Maciejewski podsumowuje 10 lat prezydentury Andrzeja Dudy

Przeciwnicy polityczni i medialni nie oszczędzali prezydenta ani dnia. Od ataków na jego córkę, przez demonizowanie go z jednej strony albo pokazywanie jako potulnego wykonawcę poleceń prezesa PiS – wszystko to jest nieprawdą i utrudnia ocenę Andrzeja Dudy. Nienawiść do głowy państwa wywołuje bowiem odruch obrony naszego prezydenta, ale przecież nie był to przywódca bez błędów i kunktatorskich naleciałości inteligenta z Krakowa. A jednak w podręcznikach historii Pałac Prezydencki z lat 2015–2025 zapisze się jednoznacznie pozytywnie – choć nie bez irytujących słabości.

Andrzej Duda jest bardziej synem obozu niepodległościowego w Polsce niż jego ojcem, spadkobiercą, a nie autorem. Twórcami nurtu suwerennościowej prawicy można bowiem nazwać Jana Olszewskiego czy braci Kaczyńskich, którzy chrzest polityczny odbywali w opozycji antykomunistycznej, gdy syn profesorów z Krakowa marzył co najwyżej o kolejnych obozach harcerskich. Gdy postkomunistyczne służby zapełniały szafy hakami na Jarosława i Lecha Kaczyńskich, Andrzej Duda dopiero spacerował z pierwszymi sympatiami po krakowskich plantach. Jest pierwszym prezydentem RP, którego nie obejmowała ustawa lustracyjna, bo gdy PRL upadał, miał on 17 lat i nie mógł być objęty werbunkiem do współpracy SB. 

Reklama

Uczeń Najlepszego

Ale nie tylko wiek plasuje odchodzącego prezydenta w roli spadkobiercy, a nie twórcy polskiej prawicy. Jest bez wątpienia jednym z liderów środowisk patriotycznych, ale ustępuje formatowi swojego mistrza – śp. profesora Lecha Kaczyńskiego i takiego formatu oraz głębi państwowej diagnozy czasem w Pałacu brakowało. Poległy w Smoleńsku prezydent nie wahał się wskazywać zakulisowe postkomunistyczne układy, mówić o obcych służbach działających w kraju i twardo wskazywać wrogów Rzeczpospolitej – nawet patrząc im prosto twarz, jak miało to miejsce na Westerplatte 1 września 2009 roku. Andrzej Duda też umiał ostro mówić o Putinie, czasem nawet młodzieżowym, szyderczym językiem, ale jednak z daleka od adwersarza. W marcu 2022 roku, zaraz po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i sugestiach Kremla, że Moskwa użyje broni atomowej, polski prezydent zadrwił słowami: „Nie strasz, nie strasz...”, czego dyplomatyczny język nie mógłby dokończyć. Ta prostolinijność przekazu bywała cechą swojskości głowy państwa, ale czasem stawała się obiektem żartów i przesadnej krytyki. Andrzej Duda doczekał się wielu memów na swój temat, ale w przeciwieństwie do Bronisława Komorowskiego, który mógł zaliczać tylko wpadki, dobrotliwe i pocieszne miny odchodzącej głowy państwa bywały sympatyczne. Ironicznie patrzył na wyczyny Platformy Obywatelskiej z wysokości prezydenckiej loży sejmowej albo w wywiadzie przed kamerami z buńczuczną miną zapowiadał, że „w polityce musisz być twardy”. Stało się to tekstem bardzo popularnym, traktowanym o tyle z przymrużeniem oka, że Andrzej Duda bardziej wypadał na człowieka ciepłego i życzliwego niż twardziela z powieści Jacka Londona. Zwłaszcza że w obozie patriotycznym zarzucano prezydentowi co jakiś czas pewną miękkość. Wbrew kłamliwej narracji o byciu „długopisem Kaczyńskiego” Andrzej Duda często opierał się podpisywaniu ważnych dla Zjednoczonej Prawicy ustaw. Wyglądało to zawsze w ten sam sposób – cała Polska oczekiwała wystąpienia głowy państwa, która raczyła miliony rodaków wykładem o korzeniach danej sprawy – patologii w Sądzie Najwyższym, struktury własnościowej mediów w Polsce czy edukacji – by zapowiedzieć prezydenckie veto. Salon III RP umiał odetchnąć z ulgą, a patrioci zagotować się przed telewizorami. Jednak nie zawsze można te prezydenckie sprzeciwy oceniać jednoznacznie – chociaż przeoranie wymiaru sprawiedliwości w 2017 roku dałoby nam dzisiaj już inne sądownictwo, a zmiany w TVN stępiłyby histeryczne ataki na polską prawicę, to jednak Andrzej Duda miał też swoje racje. Z wnętrza dużego Pałacu było bowiem często słychać, że forsowanie tych reform wywołałoby prawdziwą destabilizację w kraju, wspieraną pieniędzmi i naciskami z Zachodu. Nie są to argumenty bez znaczenia – wszak Strajk kobiet z 2020 roku potrafił wstrząsnąć notowaniami rządu tak, że PiS już nigdy nie odzyskało swojego szczytowego poparcia. Choć więc mogła nas irytować pewna miękkość prezydenta w newralgicznych momentach najnowszej historii, to na pewne jego decyzje będzie trzeba spojrzeć z perspektywy czasu. Podobnie było z zachowawczą postawą Andrzeja Dudy w czasie demolki państwa przez rząd koalicji 13 grudnia. Prezydent nie reagował zbyt mocno, gdy siłą zajmowano media publiczne czy prokuraturę, a protestujący czuli się nieco osamotnieni. Wtedy to irytowało, a jednak z perspektywy kilkunastu miesięcy widać, że wstrzemięźliwość głowy państwa miała swój sens – pozwoliła obozowi władzy się rozkładać i kompromitować aż do spektakularnego zwycięstwa Karola Nawrockiego w demokratycznych wyborach. Ta taktyka wyniosłego milczenia czy enigmatycznego działania przypominała nieco postawę ostatniego z Jagiellonów, Zygmunta Augusta, króla „dojutrka”, odkładającego kluczowe decyzje na później, skoro część problemów z biegiem czasu rozwiązywała się sama. Duda też pewne rzeczy odkładał, gdy podczas zapowiadania veta zapewniał, jak to w „najbliższym czasie przedstawi nowe wersje projektów” ws. sądownictwa, mediów czy edukacji – a później te projekty się jednak nie pojawiały lub były zbyt lakoniczne. Historia osądzi, czy była to bardziej miękkość czy jakiś rodzaj rozwagi gospodarza Pałacu, z którego okien czasem widać naprawdę dużo więcej. Nierzadko wydawało się, że prezydent chce lepszej Polski, ale bez brudzenia sobie rąk w politycznej kuchni. Z prawdziwie hamletowskimi westchnieniami podpisywał ustawę przekazującą mediom publicznym dwa miliardy złotych, bo TVP była coraz bardziej krytykowana i nienawidzona, a prezydent sam wolał inny profil polskiej telewizji – a jednak walka z magnatami medialnymi stojącymi po stronie Berlina i Brukseli nie mogła się odbywać w białych rękawiczkach. Śp. dr Jerzy Targalski twierdził, że Andrzejem Dudą, któremu może za bardzo zależało na własnym wizerunku koncyliacyjnego męża stanu, można było manipulować, odwołując się do jego ambicji. Satyryczny serial „Ucho prezesa”, przedstawiający Andrzeja Dudę jako potulnego „długopisa”, miał wywoływać chęć emancypacji i pokazania, że jest inaczej – nawet gdy to nie było potrzebne. W tym sensie odchodzącemu prezydentowi brakowało takiej wielkości i bezkompromisowości, którą wykazywał się śp. prof. Lech Kaczyński. Zgodnie ze starą zasadą uczeń nie przerósł mistrza – albo myśmy się jednak przyzwyczaili do aspiracji rozbudzonych przez prezydenta Kaczyńskiego.

Aspekty wielkości

Ta lista wątpliwości nie może jednak przesłonić nam świetlanych lat 2015–2023, w których Polska osiągnęła rekordowe wyniki gospodarcze, Polacy nauczyli się, że można mieć większe aspiracje, a przy głównym stole polityki międzynarodowej uśmiechnięta twarz Andrzeja Dudy pojawiała się coraz częściej. Relacja, jaką nawiązał nasz sympatyczny prezydent z Donaldem Trumpem, powinna być kiedyś przedmiotem osobnego studium, wszak porywczy i wyrazisty gospodarz Białego Domu bardziej dał się przekonywać osobistymi sympatiami niż potęgą międzynarodowych traktatów. „Fort Trump” i obecność amerykańskiej armii nad Wisłą była efektem płynności i zgrania ówczesnego Ministerstwa Obrony Narodowej z Antonim Macierewiczem na czele i przywództwa Andrzeja Dudy, będącego jednoznacznym liderem transatlantyckich interesów Rzeczpospolitej. Prezydent był także jedynym spiritus movens projektu Trójmorza, choć Pałac i jego kancelaria miały zbyt małe zasoby, a rząd nie przywiązywał do tej wizji aż takiej wagi, by wyjść poza kierunkową współpracę i budowanie świadomości wspólnoty interesów krajów położonych pomiędzy Niemcami a Rosją. Na szczytach NATO i posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa ONZ polski prezydent wyraźnie zaznaczał swoją obecność, kontynuując myśl swojego mentora – Lecha Kaczyńskiego – że w ładzie międzynarodowym nie powinno być miejsca dla stref wpływów i nadrzędności interesów wielkich mocarstw. Stąd właśnie Międzymorze, stąd właśnie Bukareszteńska Dziewiątka i wschodnia flanka NATO, stąd także szczytowe osiągnięcie prezydentury Andrzeja Dudy – polskie przywództwo w niesieniu pomocy dla napadniętej Ukrainy. Choć wsparcie Europy dla Kijowa było podgrzewane także przez działania polskiego rządu i tournée Mateusza Morawieckiego po stolicach Starego Kontynentu, to jednak bezsprzeczne przywództwo w tej sprawie należy się właśnie głowie państwa. Zagrało to, co Andrzej Duda umie robić najlepiej – organizowanie osobistych relacji. Tak jak prezydent umie oczarować tłumy na wyborczych wiecach, jak hipnotyzuje wielu dziennikarzy w Polsce i za granicą, tak potrafił w pierwszym roku wojny stać się prawdziwym antyrosyjskim liderem i władcą ukraińskich dusz. Rzecz nie tylko w osobistym zaufaniu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego (niemieckie intrygi włączyły się do gry dopiero później), lecz w wizerunku dosłownie męża opatrznościowego dla Ukrainy. Polski prezydent był tam postacią tak rozpoznawalną i popularną, że w wielu wyzwaniach korespondenta wojennego radziłem sobie przez pokazywanie zdjęcia z polskim prezydentem.

Rozpromieniali się wtedy żołnierze, oficerowie i lokalne władze – wszędzie wpuszczali, wszystkim obdarowali, za wszystko dziękowali – jakbym miał zdjęcie ze świętym człowiekiem. Choć obecnie przeżywamy kryzys w polsko-ukraińskich relacjach, to bez tamtego przywództwa mielibyśmy czołgi rosyjskie pod Przemyślem, a Ukraińców powcielanych do putinowskich bojówek szczujących na nasz kraj najmocniejszą totalitarną propagandą.  

Nie można pominąć polityki tożsamościowej prezydenta – propaństwowej, antykomunistycznej, podkreślającej wagę poświęcenia dla ojczyzny. Patos nie jest dzisiaj modną formą wyrazu, ale Andrzej Duda się tego patosu nie bał, gdy był on potrzebny. Potrafił obrońców Westerplatte i Żołnierzy Wyklętych nazywać „niezłomnymi” i jechać na Wołyń składać kwiaty pomordowanym Polakom. I jeśli w rządzie Zjednoczonej Prawicy ten hurrapatriotyzm się trochę zgrywał przydługimi przemówieniami i składaniem wielkich wieńców w przydługich kolejkach, to w wykonaniu prezydenta polskość na uroczystościach zawsze wypadała godnie i z powagą. To ma ogromne znaczenie – żadnych kompromitacji w stylu różowego święta niepodległości z czasów Komorowskiego, o chwiejącym się Kwaśniewskim nie wspominając. Patriotyzm w Pałacu nie doznał w ostatniej dekadzie żadnego uszczerbku i jest to osobistą zasługą prezydenta.

Ciąg dalszy nastąpi

Opis prezydentury Andrzeja Dudy prowadzi nas do jednoznacznego wniosku, że ta polityczna historia się jeszcze nie kończy. Młody (53 lata), jak zawsze energiczny, posiadający wiedzę o najbardziej ukrytych mechanizmach władzy i międzynarodowych relacjach, ma potencjał do zbudowania swojej postprezydenckiej pozycji. Szczerze mówiąc, w interesie polskiej prawicy nie leży znalezienie mu stanowiska w międzynarodowych strukturach, gdzie jego aktywność pochłoną kurtuazje i biurokracje. Odchodzący prezydent ma szansę pokazać nową jakość polityki po ustąpieniu z Pałacu. Lech Wałęsa osuwa się w śmieszność, Aleksander Kwaśniewski stał się tylko komentatorskim nestorem dla lewicy, Bronisław Komorowski szuka dla siebie miejsca, dając wyraz kompromitującego zagubienia i właściwie tylko Andrzej Duda może stać się – teraz już nieformalnym – liderem i autorytetem dla licznych środowisk konserwatywnych w Polsce. Nieskrępowany pałacowymi konwenansami może wyzyskać swoje najlepsze umiejętności nawiązywania bezpośrednich relacji, a jego waga superciężka w zakresie doświadczenia politycznego może przyciągnąć do niego patriotycznych liderów z całej Polski. 

Uczciwe podręczniki do historii XXI wieku ocenią tę prezydenturę jeszcze lepiej, bo dopiero z pewnego oddalenia widać skutki konkretnych decyzji.

Mieliśmy w Pałacu państwowca, wyważonego męża stanu z nawykiem ostrożności w najważniejszych decyzjach. Teraz, zdaje się, będzie jednak ostrzej.

Źródło: Gazeta Polska
Reklama