Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,​Ryszard Czarnecki,
16.07.2020 20:14

Zwycięstwo prezydenta a polityka europejska

Druga wygrana w wyborach prezydenckich kandydata obozu patriotycznego Andrzeja Dudy jest siódmym z rzędu zwycięstwem Prawa i Sprawiedliwości oraz formacji skupionych wokół PiS dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu. Trudno, aby nie było to zauważone na Zachodzie. Europa Zachodnia jest bardziej pragmatyczna, niż się myśli. Jest skłonna w dobrze pojętym własnym interesie współpracować w ramach Unii także z krajami, które mają swoje zdanie, i to nieraz w kwestiach kluczowych.

Reakcje zachodnich mediów i reakcje zachodnich polityków to jednak dwa różne światy. Spora część opiniotwórczych gazet nie ukrywała swojej sympatii do Rafała Trzaskowskiego, a z ich powyborczych komentarzy wynikało, że wiceprzewodniczący PO przegrał, ale wygrał…

Zwycięstwo nr 7 – mimo „ulicy” i „zagranicy”

Zwracano również uwagę na niewielką liczbę głosów różnicy, tak jakby 420 tys. głosów przewagi Andrzeja Dudy było drobiazgiem. Starano się umniejszyć, żeby nie powiedzieć „ukraść”, sukces prezydenta Dudy i PiS. Praktycznie w ogóle nie wspominano, że było to siódme – w ostatnich sześciu latach – zwycięstwo obozu Jarosława Kaczyńskiego (2014 r. – wybory do sejmików, 2015 r. – prezydenckie i parlamentarne, 2018 r. – wybory do sejmików, 2019 r. – europejskie i parlamentarne, 2020 r. – prezydenckie). Na zasadzie: „jeśli takie są fakty, to tym gorzej dla faktów”.

Jednak reakcje polityków były już inne. Nie mówię o oficjalnych gratulacjach, ale o kuluarach. Sam jeszcze w wieczór wyborczy odbierałem esemesy, najpierw pełne obaw, potem gratulacji od wpływowych polityków węgierskiego Fideszu, a następnego dnia z Niemiec i Francji, w tym także od byłego przewodniczącego unijnego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego Francuza Henriego Malosse’a. W Parlamencie Europejskim gratulacje złożył mi szef tej instytucji, włoski socjalista David Maria Sassoli (skąd­inąd przez lata dziennikarz). Był to z jego strony oczywiście głównie gest kurtuazji, ale ta ponowna wyborcza wiktoria prezydenta jednego z pięciu największych krajów UE (Big Five) była czytelnym przesłaniem, że w Polsce przez najbliższe trzy lata nic się nie zmieni mimo wysiłków „ulicy” i „zagranicy”.

Gdy w powyborczy wtorek siedziałem na kawie z moim znajomym z Grecji w brukselskim hotelu Sofitel, mój interlokutor naśmiewał się z zachodnich mediów, z których enuncjacji wynikało, że co prawda Andrzej Duda miał więcej głosów, ale i tak wygrał Rafał Trzaskowski. W tym samym czasie gratulacje składał mi wpływowy na arenie międzynarodowej Brytyjczyk, którego mniej interesują wewnętrzne sprawy Polski, a bardziej to, że zwycięstwo kandydata PiS będzie oznaczało kontynuację dotychczasowej polityki międzynarodowej Polski.

„Nie” dla nauczycieli demokracji z Berlina czy Brukseli

Obecność prawicowego polityka w Pałacu Prezydenckim w Polsce wyniesie więc co najmniej 10 lat (2015–2025), a prawicowego rządu minimum osiem lat (2015–2023). Zachód to wie. Jak już pisałem 4 lipca na łamach „Codziennej” w tekście „Nowa Unia trzyma kciuki za prezydenta Dudę”, Europa Zachodnia wolałaby, żeby Polską rządziła Platforma Obywatelska z akolitami – tak jak niezależnie od barw politycznych rządy szeroko rozumianej Europy Środkowo-Wschodniej raczej trzymały kciuki za prezydenta Dudę, bo oznaczało to kontynuację polityki silnego regionalnego bloku, na istnieniu którego każdy kraj z regionu, z nowej Unii zyskuje. Jednak Zachód szybko się dostosowuje i godzi z tym, że warto współpracować z Polską, niezależnie od tego, kto nią rządzi.

W wyborczy weekend ukazał się we włoskiej liberalnej „La Repubblica” wywiad ze mną, którego tytuł mówił wszystko „Wygramy – a lekcjom demokracji z Berlina i Brukseli mówimy: nie”. Skądinąd zostałem w nim pod zdjęciem podpisany jako „consiliere Ryszard Czarnecki”, co wywołało we mnie pewne pozapolityczne, raczej filmowe, skojarzenia. Przekaz zawarty w rozmowie z Andreą Tarquinim, korespondentem tego dziennika w Berlinie, był jasny: Polska nie chce, aby Berlin czy Bruksela udzielali nam lekcji demokracji. I przekaz drugi: że na pewno wygramy niedzielne wybory. Tak, to nie były z mojej strony specjalnie kontrowersyjne przesłania…

Wygrana prezydenta Dudy wzmacnia Polskę w negocjacjach finansowych

Zwracam uwagę na przypadkowy nieco fakt. Wybory prezydenckie przełożono z 10 maja na 28 czerwca i drugą turę 12 lipca – a szczyt Unii Europejskiej poświęcony Funduszowi Odbudowy, Funduszowi Sprawiedliwej Transformacji oraz budżetowi UE na lata 2021–2027 też został przełożony z 19 czerwca na 17 i 18 lipca. Spowodowało to swoisty „happy end”: wiktoria prezydenta Andrzeja Dudy spowodowała, choć nie było to przecież planowane, zdecydowane wzmocnienie pozycji negocjacyjnej rządu RP w brukselskich rokowaniach finansowych. Fakt, że obóz władzy w Polsce został po raz kolejny, siódmy raz z rzędu, pozytywnie zweryfikowany w wyborach, i to przy tak nadzwyczajnej frekwencji, niewątpliwie zwiększył negocjacyjny „power” naszego rządu w decydującym starciu. I odwrotnie. Gdyby prezydent Duda przegrał, byłoby to świetnym pretekstem dla naszych unijnych partnerów, aby tę porażkę wykorzystać przy negocjacyjnym stole, oczywiście nawet w ogóle nie podnosząc tego tematu. To proste: inaczej negocjuje się sprawy finansowe, a więc fundamentalne, mając za sobą wybory zwycięskie, a zupełnie inaczej, gdy się właśnie wybory przegrywa. Na ten aspekt owego sprzężenia terminów 12 i 17–18 lipca oraz wydarzeń mających miejsce w Polsce i Brukseli nikt jakoś nie zwrócił uwagi, a więc niniejszym to czynię.
A tak – pozornie tylko na marginesie – to moi rodacy dostarczyli mnie i innym polskim europosłom wspaniałą polityczną amunicję w postaci rekordowej frekwencji. Mamy teraz tym bardziej możliwość głoszenia, mówiąc Jarosławem Kaczyńskim, „oczywistej oczywistości”, że Polacy demokrację praktykują, i to w stopniu nawet większym niż wiele krajów starej Unii, dawnej Piętnastki, byłej EWG. Oto bowiem już przy eurowyborach w maju 2019 r. zarysowała się sensacyjna tendencja wyraźnego spadku frekwencji w Europie Zachodniej i jej skokowego wzrostu w Polsce. Oto nasz kraj, który w poprzednich wyborach europejskich bywał drugi i trzeci od końca pod względem frekwencji, teraz zameldował się w środku stawki UE-28, np. dystansując Królestwo Niderlandów, którego przedstawiciel w Komisji Europejskiej komisarz Frans Timmermans tak chętnie publicznie pouczał Polaków, czym jest demokracja.

Jak widać, gdy chodzi o demokrację, Polacy, jak się okazało, są i „wierzący”, i „praktykujący”, i to coraz bardziej, w przeciwieństwie do naszych bliższych i dalszych zachodnich sąsiadów. Radzę tego argumentu używać w prywatnych rozmowach z przedstawicielami tych nacji, które uwielbiają występować w roli naszych nauczycieli, a czasem sędziów i prokuratorów.

Zachód wie, że przez najbliższych 13 kwartałów w Polsce nie będzie żadnych wyborów. Jeśli chce się rozmawiać z Polską, trzeba – tak jak od 2015 r. – rozmawiać z Prawem i Sprawiedliwością…

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane