Wielu niezależnych emigracyjnych rosyjskich publicystów i dysydentów było przekonanych, że to koncesjonowany kandydat Kremla, który ma pokazać światu, że Putin będzie miał odróżniającego się kandydata i powstaje jakaś konkurencja. Może i tak było, kto wie. Potem jednak sytuacja nabrała dynamiki. Nadieżdin bardzo szybko zebrał wymagane 200 tys. podpisów i w ogóle zrobiło na nim wrażenie, że ludzie wręcz pchają się na spotkania z aktywistą.
Wydaje się, że nawet jeśli był koncesjonowany przez Kreml, to uwierzył w swoją „szczęśliwą gwiazdę”. Wtedy otoczenie Putina, jak wszystko na to wskazuje, zdecydowało: koniec z eksperymentami z demokracją. Wniosek o rejestrację kandydata został odrzucony przez putinowską komisję wyborczą pod pretekstem, że oto podpisy są sfałszowane. Nadieżdin będzie się jeszcze odwoływał, ale wiadomo, że to niczego nie da. Istnieje zagrożenie, że ostatecznie skończy jak Nawalny.