COVID zbierze śmiertelne żniwo nie tylko wśród tych, którzy na niego zachorują zarażeni zwielokrotnioną transmisją, lecz także wśród ludzi cierpiących na inne choroby, którym zdemolowana epidemią służba zdrowia nie udzieli na czas pomocy. Na ulicach w proaborcyjnych marszach biorą udział nie tylko zwolennicy zabijania dzieci, ale też po prostu siewcy śmierci. Przyznam, że już dawno w polskim życiu publicznym nie było zjawiska tak niszczycielskiego i bezwzględnego. Naganiacze i organizatorzy ulicznych sabatów mają krew na rękach i jeśli politycy opozycji łudzą się, iż dzięki partii „Wypier...ć” zbiją kapitał polityczny, to srodze się zawiodą. Bo są dla tej młodej tłuszczy elementem systemu, takim samym jak PiS. Nikt ani Budki, ani Kosiniaka na rękach nosić nie będzie. Dzicz bowiem nie wyszła po to, by zmieniać Polskę, ale po to, by się zabawić.
Do tej imprezy jest, rzecz jasna, mocno zachęcana – przez celebrytów, nauczycieli, wykładowców, media, które pompują jej ego, ogłaszając wszem i wobec, iż jest wspaniała, nowoczesna, ludzka – cokolwiek to ostatnie miałoby znaczyć. Sęk w tym, że prymitywizm – nawet nie wiem jak hołubiony – będzie tylko gorszy i bardziej niszczycielski. Ta „rewolucja” pożre swoich podżegaczy. Ale na początek pochłonie życie tysięcy Polaków, zdewastuje finanse państwa, sprowadzi biedę na wiele rodzin uczestników tego ponurego show. Dziś rozwydrzone panny krzyczą coś o swoich macicach, a za pół roku nie będą miały pieniędzy na nowe smartfony – bo to zdaje się szczyt ich aspiracji.
A teraz bardzo osobiście. Czuję się upokorzona tym, iż tak wiele osób – nawet po tzw. prawej stornie – mówi o proteście kobiet, a wręcz, że rozumie emocje protestujących kobiet. Otóż jako kobieta i mama chcę powiedzieć jasno: proszę mnie nie łączyć z tym chamstwem. Proszę nie tworzyć wrażenia, iż wyuzdane, odrażające babsztyle są jakimiś moimi przywódczyniami i w choćby najmniejszym stopniu mnie reprezentują. Bo nawet sugestia, iż tak może być, jest dla mnie obraźliwa. Nie – to nie są protesty kobiet, to nie są emocje kobiet, ta dzicz reprezentuje samą siebie, a nie kobiety.
Skończmy również z powielaniem piramidalnych bzdur wykrzykiwanych przez ten niedouczony tłum. Ciągle słyszę, że „kobiety nie mogą być zmuszane do rodzenia martwych dzieci lub takich, które za chwilę umrą”. Otóż aborcja dziecka z wadą genetyczną – w tym z wadą letalną – polega na wywołaniu porodu, bólach porodowych i urodzeniu. Bo dotyczy nie „zlepka komórek”, lecz dziecka niemalże wcześniaczego. Wad genetycznych nie wykrywa się w 8. czy 12. tygodniu ciąży. Chyba że ktoś chce wróżyć z fusów. Ale jeśli choroba ma być potwierdzona, to jest to możliwe ze względów biologicznych dopiero około 20. tygodnia. Koniec, kropka. Tak duże dziecko – około półkilogramowe lub większe – nie wchłonie się, nie zniknie, nie rozpuści ani nie wyparuje z macicy. Może opuścić ciało matki tylko poprzez poród, ze wszystkimi jego konsekwencjami.
Na to, co dziś widzimy na ulicach, trzeba również patrzeć jak na wyzwanie. Bo widać gołym okiem, iż brak edukacji, wiedzy, pozwala siać potworne spustoszenie w umysłach wielu ludzi i choć ta ocena nie jest żadnym odkryciem, to aktualna sytuacja – jak być może niewiele innych – dotkliwie to potwierdza. Działania instytucji państwowych muszą być nakierowane na budowanie wspólnoty i odpowiedzialności. To również gigantyczna misja dla Kościoła, który ewidentnie nie radzi sobie z tym zadaniem. I niestety nie zdał egzaminu, jakim są wobec niego te antychrześcijańskie erupcje. Gdzie są księża i biskupi? Trudno nie odnieść wrażenia, iż zostawili wiernych i postanowili przeczekać. W ogromnej większości wykazali się trudno wybaczalną krótkowzrocznością graniczącą z tchórzostwem. Zawiedli.
Tekst z najnowszego numeru „Nowego Państwa”
