W czasach słusznie minionych dobrze znany był dowcip o tym, że na pl. Czerwonym w Moskwie rozdają auta marki Moskwicz. W puencie okazywało się, że nie w Moskwie, lecz w Leningradzie, nie rozdają, tylko kradną i nie auta, ale rowery. Przypomniał mi się ten żart, gdy na jaw wyszedł przygotowany przez MZ plan wielomiliardowych cięć w NFZ, które bezpośrednio uderzą w pacjentów. Wszystko jak w starym dowcipie z epoki PRL.
Mieli znieść limity? Jeszcze je podnoszą!
Nie widać jednak lamentów i histerii liberalnych mediów, nikt nie ciska gromów narząd, który tak ostentacyjnie, kosztem zdrowia Polaków, łamie obietnice, które pomogły przejąć władzę dysfunkcyjnej koalicji. Ludzie, którzy mieli czelność oskarżać PiS o zaniechania i zaniedbania, wpędzają Polskę w poważny kryzys społeczny, bo tym skończy się obcinanie środków na publiczny system zdrowia. Za to pieniędzy nie brakuje na tych, którzy siedzą w najróżniejszych komisjach i komisyjkach, instytutach i instytucikach i – cytując klasyka – „liżą, liżą, aż doliżą”. Nikt nie powinien być zdziwiony – to po prostu liberałowie i postkomuniści u władzy. Z Donaldem Tuskiem na czele, który dziś udaje, że nie wie, co się dzieje w ochronie zdrowia.
Zabójcze cięcia w ochronie zdrowia
Plan cięć przedstawionych przez resort zdrowia pokazuje skalę kryzysu, jaki obecna władza sprowadziła na publiczną ochronę zdrowia. Po pierwsze to wprowadzenie limitów na świadczenia w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej. Po drugie to limity na bezpłatne leki dla dzieci i seniorów, usuwanie zaćmy, tomografię, rezonans magnetyczny. Po trzecie to likwidacja programu „Dobry posiłek w szpitalu”, który cywilizował cateringowe obyczaje w polskich szpitalach, które przyprawiały o ból głowy dietetyczki i ekspertów od żywienia w chorobie. Na marginesie: blisko dekadę temu pisałem o tym w tekście dla „Codziennej”, zatytułowanym „Szpital od kuchni. A marna to kuchnia”. Nieco później PiS wprowadziło w szpitalach „Dobry posiłek”. Demokratyczna, europejska i arcyhumanitarna władza właśnie chce zlikwidować ten przejaw „pisowskiego populizmu”.
Wróćmy do planowanych przez resort zdrowia, najpewniej na życzenie Ministerstwa Finansów, czystek świadczeń w systemie. Szczególnie skandalicznie brzmią zapowiedzi wprowadzenia limitów na bezpłatne leki dla dzieci i seniorów. To kolejne uderzenie w naszą demografię, a po drugie – wyrok śmierci zarówno dla młodszych, jak i starszych. To naprawdę, szczególnie w sytuacji seniorów, sprowadza się do filozofii: najtańszy pacjent to martwy pacjent. Gdzie są jednak wszyscy lewaccy aktywiści i specjaliści od humanitaryzmu, gdy widzą oszczędności na najsłabszych? Wiem, to retoryczne pytanie, ich największą troską jest wciąż to, by prawica nie wróciła do władzy.
Leszczyna gdzieś się schowała
Gołym okiem widać zresztą, że znakomita większość polityków rządzącej koalicji wyparła temat kryzysu w ochronie zdrowia. Przychodzi to im tym łatwiej, im bardziej wpływowe środki opinii skupiają się na polowaniu na prawicowe czarownice, zamiast na tym, co dzieje się z Polską pod rządami Koalicji Obywatelskiej. Co i rusz okazuje się, że trzynastogrudniowi politycy nie są w stanie zapamiętać nazwiska nowej minister zdrowia, czyli Jolanty Sobierańskiej-Grendy, która wzięła na siebie brudną robotę. Nawet dziecko zdaje sobie sprawę, że do tak skandalicznych oszczędności na młodszych i starszych pacjentach trzeba było oddelegować „bezpartyjnego fachowca”. Gdyby wzięła się za to Izabela Leszczyna, nawet życzliwe władzy media musiałby zadać jej niewygodne pytania. A odium jej aroganckich, nieprofesjonalnych albo po prostu głupich odpowiedzi o wiele szybciej spadłoby wprost na partię Donalda Tuska. Dzisiaj, jak się zdaje, dysfunkcyjna koalicja liczy na to, że do wyborów uda się jednak temat przeczekać, zagadać, przekierować na anty-PiS-owski show. Najtrudniej władzy pójdzie pewnie z medykami, którzy właśnie się dowiedzieli, że również oni dostaną po kieszeni w ramach wielkiego cięcia w ochronie zdrowia. Pytanie, czy doczekamy nowego białego miasteczka, czy personel medyczny wybierze raczej migrację zarobkową – niestety na razie wiele wskazuje na drugą opcję.
Sytuacja przedstawia się naprawdę fatalnie. Skala cięć jest tak ogromna, że eksperci mówią o poważnym regresie całego systemu kosztem zdrowia i bezpieczeństwa pacjentów i pacjentek. Mowa wręcz o wygaszaniu systemu – w celu jego komercjalizacji i prywatyzacji. Wpływowe gremia w Koalicji Obywatelskiej zawsze, mniej lub bardziej jawnie, na to liczyły. Dla nich to zysk, trudno się przecież łudzić, że przejęcie publicznych jednostek na poziomie centralnym i samorządowym będzie miało charakter po części politycznego uwłaszczenia. Miliony zwykłych Polek i Polaków zostaną z rosnącym zagrożeniem niemożności leczenia i jego niebotycznie rosnącymi kosztami. To wszystko dzieje się w niezwykle poważnej sytuacji międzynarodowej, gdy spójność społeczna w razie narastających zagrożeń może być czynnikiem nie mniej istotnym niż jednostki wojskowe. Obecna władza praktykuje filozofię: po nas choćby potop. Neoliberalne drapieżniki wyznają tego rodzaju filozofię od dekad. Świetnie się z nią czują, bo zbyt często przynosiła im profity.
Uśmiechnięte kłamstwa Tuska
Trzeba przyznać, że ujawnione niedawno informacje o terapii szokowej wprowadziły w konsternację nawet część wyborców rządzącej koalicji. Nawet jeśli udają ludzi z totalną amnezją, to jednak zapowiedzi Tuska, Szymona Hołowni i Włodzimierza Czarzastego wybrzmiały zbyt głośno, by dało się o nich zapomnieć. Izabela Leszczyna dzisiaj schowała się do mysiej dziury, ale to ona buńczucznie zapowiadała, że jeśli tylko Koalicja Obywatelska wróci do władzy, problemy w ochronie zdrowia znikną jak „za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”. Funkcjonariusze medialni z kilku znanych ogólnopolskich redakcji niechętnie o tym wspominają, ale opinia publiczna pamięta. Podobnie pamięta o brzmiącym dzisiaj groteskowo jednym ze stu konkretów: „Zniesiemy limity NFZ w lecznictwie szpitalnym, dzięki czemu znacząco skróci się czas oczekiwania na konsultacje i zabiegi”. Zniknął nam też z oczu Szymon Hołownia, który z takim entuzjazmem opowiadał o specjalistach, którzy będą dzwonić do Polaków z pytaniem o zdrowie.
Poważny kryzys ochrony zdrowia, który dla wielu Polaków skończy się trwałą utratą zdrowia lub śmiercią, jest tym bardziej przygnębiający, że Donald Tusk uwielbia opowiadać o naszym kraju jako dwudziestej gospodarce świata. Nie po raz pierwszy okazuje się, że gdy rządzą liberałowie i postkomuniści, większość społeczeństwa musi nacieszyć się abstrakcyjnymi wskaźnikami. Ktoś przytomny zapytałby jednak, dlaczego 20. gospodarka świata nie jest w stanie zapewnić cywilizowanego finansowania i funkcjonowania publicznej ochrony zdrowia, a zamiast tego nieustannie oszczędza na swoich obywatelach. Rzecz jasna, nie wszystkich – beneficjenci trzynastogrudniowej zmiany mają się świetnie. Ale zwykły człowiek wkrótce się boleśnie przekona, odchodząc z niczym ze szpitalnej rejestracji, że obietnice Tuska znów okazały się kłamstwem.