Donald Tusk zadeklarował ostatnio, że nie wystartuje jako kandydat w wyborach prezydenckich w 2025 r. Po tej deklaracji nabrałem pewności, że – wbrew temu, co powiedział – na pewno będzie ponownie kandydatem na następcę głowy państwa. Ponownie? Przecież startował już w 2005 r., wyraźnie przegrywając z prezydentem Lechem Kaczyńskim.
Tusk czy Trzaskowski?
Deklaracja szefa rządu, że wiosną 2025 r. nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich, przypomniała mi jego solenne przyrzeczenie z 2013 r., że na pewno nie będzie ubiegał się o żadne stanowisko w Brukseli. Po roku był już przewodniczącym Rady Europejskiej.
Teraz analogia nasuwa się sama. Przypomina mi to, proszę wybaczyć, słynne powiedzenie z czasów Związku Sowieckiego, że gdy Agencja Prasowa TASS zaprzecza jakiemuś faktowi, to znaczy, że to coś na pewno się zdarzyło. Z liderem PO jest podobnie.
Kontrkandydatem w wyborach prezydenckich Donalda Tuska w Koalicji Obywatelskiej jest teoretycznie Rafał Trzaskowski. Ma dużo mniejszy od Tuska elektorat negatywny, choć akurat teraz go powiększył, nakazując zdjąć krzyże w stołecznym ratuszu i instytucjach mu podległych.
Jednym z powodów – tak mówi się w kuluarach – dla których Donald Tusk nagle zerwał uzgodnioną wcześniej koalicję do wyborów samorządowych z Lewicą, miały być rachuby, że kandydatka na prezydenta Warszawy Magdalena Biejat zabierze Trzaskowskiemu wiele głosów Lewicy i doprowadzi do II tury wyborów prezydenckich w stolicy, osłabiając w ten sposób warszawskiego kandydata PO do urzędu głowy państwa w 2024 r. Te nadzieje okazały się płonne.
PO ma haki na Hołownię?
Jeżeli Donald Tusk zdecyduje się wystartować w wyborach prezydenckich, to wówczas odbędzie się to kosztem Rafała Trzaskowskiego. Starcie szefa rządu z prezydentem Warszawy w nieformalnych prawyborach w PO w oczywisty sposób zakończy się zwycięstwem starego wygi Tuska z niemłodym już, ale często zachowującym się jak polityczny młodzieniec Trzaskowskim. Jeśli Tusk podejmie decyzję o wystartowaniu w wyborach prezydenckich, to pozamiata swojego partyjnego zastępcę, wiceprezesa.
Co na to Szymon Hołownia? W ostatnich tygodniach pojawiły się wypowiedzi marszałka Sejmu, w których niespodziewanie stwierdzał, że może sobie wyobrazić, iż będzie kierował obradami do końca kadencji, czyli do jesieni 2027 r. Gdyby tak się stało, byłoby to wbrew zawartej umowie koalicyjnej, która przewidywała, że jego funkcja będzie rotacyjna i za dwa lata odda ją liderowi Lewicy Włodzimierzowi Czarzastemu.
Hołownia w ten sposób z jednej strony mści się za frontalny atak Lewicy na niego za sprawę aborcji, przy której nie okazał się zbyt progresywny. Z drugiej strony jednak – jest to pewna kalkulacja polityczna. Ewentualny start Hołowni przeciwko Tuskowi mógłby być dla polskich wyborców okazją do powiedzenia „Sprawdzam”. Mogłoby się bowiem wtedy okazać, że w izbie niższej polskiego parlamentu – i to przy niesłychanej teatralizacji tego stanowiska – realna popularność pozytywna jest znacznie niższa niż jesienią 2023 r. Ustępując Tuskowi, Hołownia mógłby przez cztery lata, a nie dwa, być formalnie drugą osobą w państwie. To w oczywisty sposób wzmacniałoby jego realną pozycję polityczną.
Dwaj tenorzy Trzeciej Drogi
Tak jak Szymon Hołownia bardzo polubił bycie marszałkiem Sejmu, tak Władysław Kosiniak-Kamysz uwielbia być wicepremierem i ministrem obrony narodowej. Tak samo jak w przypadku Hołowni jego nowe zajęcie raczej nie będzie go skłaniać do startu w wyborach prezydenckich. Słabszy bowiem w nich wynik może spowodować osłabienie jego pozycji osobistej w koalicji 13 grudnia, jak również pozycji kierowanego przez niego PSL.
Należy więc założyć, że Kosiniak-Kamysz chętnie podtrzyma swoje enuncjacje sprzed kilku tygodni, że najlepszym kandydatem Trzeciej Drogi byłby marszałek Hołownia. Pytanie, czy dla „rotacyjnego marszałka” prezydencka gra będzie warta świeczki. Wszak stare polskie powiedzenie mówi, że lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu.
Dla Szymona Hołowni marszałkowski wróbel jest politycznie znacznie lepszy niż bardzo niepewna prezydentura. Z kolei bycie w wymiarze konstytucyjnoprawnym obywatelem numer dwa Rzeczypospolitej jest warte – jak Paryż – mszy. Nawet jeśli ową „mszą” jest pójście na układ z Tuskiem i podporządkowanie mu PSL.
Należy się spodziewać, że gdy chodzi o kandydata Konfederacji, będzie nim ponownie Krzysztof Bosak. Polityk bez większych szans, ale przecież chodzi o poprawienie wyniku wyborczej tej partii w przypadających dwa lata później elekcji parlamentarnej.
PiS pozostaje tajemniczy
A co na to Prawo i Sprawiedliwość? Kto będzie kandydatem obozu patriotycznego? Decyzji nie ma.
Gdy w 2015 r. wybrano na prezydenta Andrzeja Dudę, to nastąpiło to nieco ponad pół roku po oficjalnym ogłoszeniu jego kandydatury – 11 listopada 2014 r. w budynku Towarzystwa Strzeleckiego „Sokół”, znajdującym się przy krakowskim pomniku marszałka Józefa Piłsudskiego. Gdy chodzi o timing, podobnie może być teraz. Decyzji jeszcze nie ma – i nie jest to taktyczna zwłoka z ogłoszeniem już uzgodnionego kandydata. Zestaw potencjalnych kandydatów PiS nie sprowadza się tylko do dwóch, trzech nazwisk, ale jest szerszy. Są tam osoby sprawujące w przeszłości najwyższe urzędy państwowe, ale także takie, które je jeszcze pełnią.
Zapewne, jak w przypadku kandydatury obecnego prezydenta, decyzję podejmie prezes Jarosław Kaczyński. Zwycięstwo PiS w wyborach europejskich może mieć na to pewien wpływ.