Prigożyn zmiótł narrację Kremla dotyczącą wojny na Ukrainie. Zajął dwa kluczowe miasta, pokazując, że zatrzymanie trybów w rosyjskiej machinie wcale nie jest takie trudne. Przez wiele godzin to Grupa Wagnera była wiodącą siłą w Rosji, a nie wojska Putina, które nie kwapiły się do walki z najemnikami Prigożyna. W sobotni wieczór ogłoszono, że porozumienie na linii Prigożyn–Putin jest efektem działań Alaksandra Łukaszenki. Czy zatem białoruskiego satrapę należy postrzegać jako kogoś, kto wyciągnął Putina spod topora? Niekoniecznie. Łukaszenka, oglądając godzinami, co dzieje się w Rosji, nie miał innego wyjścia, gdyż sam panicznie boi się podobnego przewrotu na Białorusi. W pełni zgadzam się ze słowami Pawła Łatuszki z wczorajszego wywiadu dla „Codziennej”, w którym wskazał, że chaos w Rosji daje szansę na wolną Białoruś. Stąd weekendowa aktywność Łukaszenki, by do tego nie dopuścić.
Wybawca? Niekoniecznie!
Niezależnie od tego, jakie pobudki w rzeczywistości kierowały Jewgienijem Prigożynem rozpoczynającym marsz ku Moskwie oraz co ostatecznie sprawiło jego odwrót, jedno jest pewne: po ostatnich wydarzeniach Rosja nie będzie już taka sama.