Jeśli czymś się wyróżnili, to większymi pensjami niż w regularnej armii, większym okrucieństwem i większym ryzykiem, bo grupa składała się w większości z kryminalistów. Po próbie puczu w czerwcu praktycznie przestaje istnieć, zdaje sprzęt (choć samemu jej szefowi Jewgienijowi Prigożynowi nie dzieje się krzywda). Na Białoruś przybyło ledwie kilkuset najemników, wygląda na to, że bez broni, zostali rozlokowani w namiotach w lesie jak harcerze. Zajmują się szkoleniem wojska łukaszenkowskiego poprzez „przekazywanie doświadczeń”. Czy Polska i Litwa, reagując wzmocnieniem granicy, nie przesadzają? Prawdę mówiąc, nawet gdyby Grupa Wagnera nigdy nie istniała, wzmacniania wschodniej granicy nigdy za wiele. Może to nawet dobrze, że dała uzasadnienie do takiego posunięcia. Ale bać się nie ma czego.
Autor jest dziennikarzem TV Biełsat