Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
26.12.2021 17:00

Wojskowa opowieść wigilijna

W wigilijne popołudnie wlokłem się z internatu wojskowego w kierunku kompleksu koszarowego, w którym od kilku miesięcy wypełniałem swoje żołnierskie powinności. Rzecz miała miejsce w połowie lat 90. XX w., a ja byłem wówczas najmłodszym stażem i wiekiem podporucznikiem w batalionie powietrznodesantowym, toteż niepisany obyczaj nakazywał, abym tego dnia dzielnie pełnił służbę oficera dyżurnego jednostki wojskowej.

Przybywszy na miejsce, sprawnie przyjąłem broń i dokumentację, chorąży będący moim pomocnikiem oznajmił, że wyposażenie dyżurki jest kompletne, a kanonier – 19-latek z baterii przeciwpancernej – zameldował gotowość wykonywania obowiązków łącznika. Punktualnie o godz. 16.30 przybył w rejon dowódca zgrupowania i zamiast oczekiwać na regulaminowy meldunek, wyciągnął do mnie rękę, rzucając: „Cześć, dobrze cię widzieć!”. Nieco się speszyłem, podobne zachowanie całkowicie nie przystawało do wymagającego i surowego majora. Przywitałem się z pryncypałem, a on dodał: „To chodź, idziemy na stołówkę zjeść z żołnierzami kolację”. Szybko nałożyłem zimową kurtkę, bordowy beret i podreptałem za przełożonym w kierunku punktu żywienia – tak rozpoczęła się wojskowa opowieść wigilijna.

Poruczniku, sprawę mam!

Wojskowa opowieść wigilijna nabrała rumieńców kilkanaście minut później, gdy po podzieleniu się opłatkiem i złożeniu życzeń zasiedliśmy do świątecznego stołu. Nastrój panował podniosły i uroczysty – każdy był układny oraz miły i wszyscy porzucili na ten czas codzienny dryl. W kącie stołówki leżał tuzin karabinków czujnie strzeżonych przez ich posiadaczy – to była broń wartowników, którzy bezpośrednio z wieczerzy mieli udać się na odprawę.

Po posiłku i podziękowaniu kucharzom za wyśmienitą strawę dowódca pożegnał się ze mną, a ja poszedłem na plac apelowy i odprawiłem warty i służby. Później wróciłem do dyżurki i zaczęliśmy sobie gawędzić z pomocnikiem. Panowała całkowita cisza i oprócz uzbrojonego spadochroniarza przy bramie wejściowej wokół nie było żywego ducha. Chorąży w końcu poszedł wypocząć, a ja zostałem sam z łącznikiem.

Łącznik zaczął się wiercić na krześle, drapać nerwowo po wystrzyżonej czuprynie i w końcu zdeterminowany wypalił: „Poruczniku, sprawę mam!”. Zerknąłem na niego zaskoczony i zapytałem: „Co tam?”. Żołnierz nabrał głęboko powietrza w płuca i wyrecytował: „Panie poruczniku, mam dziewczynę w akademiku na osiedlu studenckim. Ona tutaj została i specjalnie dla mnie nie pojechała na święta do domu. Czy mogę do niej skoczyć na trzy godziny?”. Zdumiony odparłem: „Czyś ty zgłupiał?! Przecież wiesz, że nie ma takiej możliwości! Służbę masz. Nawet jakbym chciał, to nie mogę cię puścić na miasto. Mowy nie ma!”.

Oczy młodziana posmutniały, a ja poczułem się głupio i zacząłem mu tłumaczyć: „Tam obok jest żandarmeria. Złapią cię i będzie chryja niesamowita. Nie mogę się zgodzić!”. Zakochany po uszy żołnierzyk wyszeptał: „Ostatnio 3 tys. metrów z bronią przebiegłem w niecałe 12 minut. Poruczniku, kto złapie takiego harpagana?”. W tym momencie zabrakło mi argumentów i przed moimi oczyma pojawił się duch Ebenezera Scrooge’a.

Trwoga pośród świątecznej ciszy

Ebenezer Scrooge mógł się przełamać, więc może i ja powinienem? Tylko regulamin nie pozwala – galopada myśli przebiegła mi przez głowę i nie wiedziałem, co zrobić. W końcu gryziony sumieniem zasyczałem: „Idź do niej, ale jak cię dopadną, to się wyprę bez mrugnięcia ślepiem!”. Kanonier poderwał się z krzesła, zaśmiał na całe gardło i wrzasnął: „Poruczniku, spoko! Rano tutaj będę!”. Wybiegł z dyżurki jak oszalały i popędził w stronę budynku, gdzie mieścił się jego pododdział, po czym zniknął w drzwiach wejściowych koszarowca.

Stałem bezradny i zaniepokojony, uświadomiłem sobie bowiem, jak durną i nieprzemyślaną decyzję podjąłem, ale było już za późno – nie mogłem jej zmienić, bez względu na konsekwencje. Wpatrywałem się w ciemność i wydawało mi się, że dostrzegam jakąś zwinną postać, która wyskoczyła z rzędu okien, podbiegła do pobliskiego płotu, pokonała ogrodzenie jednym susem, po czym chyżo pomknęła chodnikiem i zniknęła w mroku. Generalnie powinienem się tam udać i zbadać sprawę, ale zarzuciłem ten pomysł, gdyż w taką noc mogą wydarzyć się różne cuda.

Cuda zaczęły się dziać także w mojej głowie. Dopiero wówczas pojąłem, że należy szybko dookreślić wielkość oczu strachu z przysłowia i dodam, że ślepia toczącej mnie trwogi miały średnicę pierścieni Saturna. Nerwowo sprawdziłem, co dzieje się na wartowni i najbliższych posterunkach, później zajrzałem na biuro przepustek, ale wszędzie panowały cisza i spokój. Ludzie czytali książki, ktoś pisał tęskny list do domu, a jeszcze inny słuchał radia, przyłożywszy ucho do odbiornika. Nie było zwyczajowego rejwachu i komend wydawanych zdecydowanym głosem – na wiecznie czuwające koszary opadł błogi spokój i nawet tutaj zapanowała świąteczna atmosfera.

Szczęśliwy powrót Romea

Świąteczna atmosfera nie udzieliła się tylko mnie – indywiduum piszącemu we własnej głowie najczarniejsze scenariusze. Alfred Hitchcock ze swoimi pomysłami był wówczas przy mnie niczym czeladnik przy mistrzu, ale nie stanowiło to powodu do większej dumy. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja wciąż czekałem na powrót młokosa artylerzysty, nerwowo bębniąc palcami w blat biurka.

Po północy powinienem obudzić pomocnika, ale zrezygnowałem, ponieważ wiedziałem, że i tak nie zasnę, a on miał szansę nie zarwać nocy, i to dzięki mojej głupocie. Każdy dźwięk budził niepokój, aż do momentu, gdy zmęczony zacząłem półdrzemać na twardym krześle. W końcu, tuż po godz. 5, będąc w jakimś dziwnym letargu, usłyszałem delikatne pukanie w ościeżnicę. Z duszą na ramieniu podbiegłem do wejścia, otworzyłem drzwi i wszystkie chóry anielskie zaczęły śpiewać mi niebiańskie pieśni, gdyż ujrzałem całego i zdrowego Romea w mundurze.

Romeo w mundurze zarżał rozkosznie na mój widok i zapytał: „Co porucznik taki blady?”. Nic nie odpowiedziałem, ale złożyłem sobie wówczas uroczystą przysięgę, że już nigdy więcej nie zostanę żadnym dziewosłębem, a przejawy łamania regulaminu na służbie będę wypalał rozgrzanym do białości żelazem, a następnie starannie nakładał na odkażane miejsce kompresy z gorącej siarki, i w tym postanowieniu wytrwałem kolejne kilkanaście lat.

Spotkanie po latach

Lata po opisanym wydarzeniu, gdy byłem już poza armią, szedłem sobie leniwie przez krakowski Rynek, podziwiając piękno dorożkarskich rumaków, gdy niespodziewanie ktoś położył mi rękę na ramieniu. Odwróciłem się energicznie i zobaczyłem roześmianego mężczyznę w średnim wieku, który zagaił pogodnie: „Dzień dobry! Poznaje mnie pan?”. Lico rozmówcy było mi całkowicie obce, ale ten nie dawał za wygraną i rzekł: „Służbę razem mieliśmy w Wigilię! Pan mnie puścił do dziewczyny w nocy! Pamięta mnie pan teraz?”. Wtedy sobie przypomniałem smarkacza od świątecznych amorów! Skonfundowany wyszeptałem: „Tak, coś takiego było!”, a interlokutor przyciągnął za rękę piękną kobietę i zatrajkotał: „To moja żona! Tamta dziewczyna z akademika! Dzięki panu się pobraliśmy, bo wtedy sobie tak obiecaliśmy! Idziemy na piwo!”.

Przy kuflu pienistego napoju wysłuchałem opowieści o ich życiu. Ona skończyła studia, a on, po pożegnaniu z wojskiem, zaczął pracować w biurze geodezyjnym. Opowiadali mi o Wigilii w akademiku i złożonym przyrzeczeniu, które się ziściło. Początkowo nie widziałem w tym mojej zasługi, ale skoro oni twierdzili, że wydatnie im w tym pomogłem, to bezwstydnie ogłosiłem się ojcem sukcesu. Spędziłem z tymi ludźmi prawie dwie godziny, ciesząc się ich szczęściem, a z moimi Czytelnikami postanowiłem podzielić się ową wojskową opowieścią wigilijną.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE