Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
26.07.2022 14:53

Wojna o studnię

Była końcówka września 2007 r., gdy pewnego dnia zwyczajowo wstałem rano i postanowiłem wyjść z namiotu, aby zapalić papierosa oraz siorbnąć kilka łyków gorącej kawy. W afgańskich górach panował już chłód i wszędzie czuło się nadciągającą zimę. Przebywałem w Bazie Ogniowej Kushamond od kilkunastu tygodni i, paradoksalnie, owo dzikie miejsce stało się mi bliskie. Wschodzące słońce oświetlało wieże wartownicze i wykonany z potężnych koszy wypełnionych ziemią płot otaczający obozowisko szczelnym pierścieniem, zwieńczony zwojami drutu ostrzowego typu concertina. Takiej zapory nie był w stanie sforsować nawet buldożer, a mieszane, polsko-amerykańskie posterunki czujnie strzegły bezpieczeństwa bytujących wewnątrz ogrodzenia pododdziałów.

Wiedziałem, że w październiku rozpocznie się rotacja wojsk i, tym samym, moje działania na I zmianie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Islamskiej Republice Afganistanu powoli dobiegają końca. Do Kushamondu skierował mnie dowódca Polskiej Grupy Bojowej na początku czerwca i gdy do niego przybyłem, nie było tam niczego oprócz drobnego piachu i wszechobecnego pyłu. Dosłownie – dzika pustynia. Po tych miesiącach, a także wielkim trudzie, jaki włożyliśmy w rozbudowę bazy, rejon stał się zagospodarowany i dało się w nim spokojnie żyć. Duma rozpierała mą pierś – oto ja, zwykły chłopak z łódzkiego Widzewa, po półtorej dekady służby w Wojsku Polskim walnie przyczyniłem się do powstania prężnie działającej, posadowionej tysiące kilometrów od domu reduty. Wtedy nie wiedziałem, że czeka mnie jeszcze uczestnictwo w wojnie o studnię.

Haracz za wodę

Wojna o studnię wybuchła niespodziewanie. Tuż po śniadaniu przybył do obozu „Rambo” – mieszkaniec pobliskiej wsi i wielki przeciwnik talibów – Afgańczyk, który twierdził, że walczył jeszcze z Rosjanami. Na moje oko chłop był zbyt młody, by strzelać do sołdatów, gdyż w 1989 r. – kiedy czołgi z czerwoną gwiazdą na pancerzach wycofywały się z okupowanego państwa – mógł mieć raptem piętnaście lat, ale głośno nigdy tego nie powiedziałem.

Pseudonim „Rambo” nadałem mu osobiście, a nasz bohater przypominał nieco wyglądem i ubiorem Ahmada Szacha Masuda. Miał pociągłą twarz okoloną rzadką brodą, orli, haczykowaty wręcz, nos, na głowie nosił charakterystyczny beret zwany pakolem, do tego cienkie hajdawery i długą, sięgającą kolan koszulę, na którą narzucał zapinaną guzikami garniturową kamizelkę. W przeciwieństwie do Lwa Pandższiru był atletycznie zbudowany, dlatego, mając w pamięci kultowy film z Sylvestrem Stallone’em w roli głównej, uraczyłem go owym przydomkiem. Przybyły poruszał się motocyklem przypominającym produkowany w PRL jednoślad WSK „Dudek” i, generalnie, był nieustraszonym zawadiaką.

Zawadiakę przyprowadził do mnie jeden z żołnierzy pełniących służbę przy bramie wjazdowej. „As-Salāmu ʿAlaykum, sir” – rzucił przybyły, a ja odpowiedziałem: „Wa ʿalejkum salam, »Rambo«”. Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym gość wyciągnął z kieszeni kamizelki dwie zielonkawe kulki makowego opium. Jedną podał mi, a drugą bezceremonialnie włożył sobie do ust. Pokręciłem przecząco głową i rzekłem wyraźną polszczyzną: „»Rambo«, spadaj z tym syfem. Flaszkę lepiej załatw, i to polskiej gorzały, a nie jakichś perfum!”. Mój rozmówca wzruszył ramionami, schował narkotyk do kieszeni i rzekł łamaną angielszczyzną: „Sir, talibowie biorą pieniądze za wodę! We wsi bieda jest”. „O, sk…syny!” – zakrzyknąłem oburzony. „Yes, sir! Sk…syny!” – zawtórował mi „Rambo”, ale nie sądzę, by znał znaczenie wszystkich słów w zdaniu. Zawołałem tłumacza i już po chwili wiedziałem, że komendant lokalnej policji i dowódca miejscowych talibów w jednej osobie pobiera opłatę za czerpanie wody ze studni, którą kilkanaście dni wcześniej – na moją prośbę – pogłębiła i odmuliła amerykańska kompania inżynieryjna, operująca z nami w Kushamondzie. Dzięki wojsku lokalna ludność miała wody pod dostatkiem, a ten bandyta z jakimś haraczem wyskoczył. Podziękowałem gościowi, kazałem tłumaczowi wyprowadzić go poza obóz, a sam poszedłem do „Mexa”.

Cios „Tysona” załatwił sprawę

„Mex” był kapitanem armii Stanów Zjednoczonych, moim rówieśnikiem i kumplem oraz dowódcą pododdziału inżynierów wojskowych. Jego rodzice przybyli do USA przez Rio Grande, on urodził się w Teksasie, później wstąpił do wojska i, jako sierżant, debiutował w Bagdadzie podczas operacji „Iracka wolność”. Następnie ukończył kurs oficerski, po czym znalazł się w Afganistanie.

Gdy przybył do Kushamondu, wspominaliśmy występ Hugo Sáncheza na mistrzostwach Mexico ‘86 i chłop był zafascynowany moją wiedzą o piłce nożnej. Kiedy opowiedziałem mu o wyczynie komendanta, wysyczał też po polsku: „O, sk…syn!”, po czym, już w języku Szekspira, dodał: „Weź broń i jedziemy!”.

Po kwadransie byliśmy z całym patrolem u najstarszego mieszkańca wsi, który potwierdził, że policja łupi mieszkańców sioła, każąc sobie płacić za wodę. „Mex” wzniósł oczy do nieba i zawołał: „Maria Santissima!”, a następnie pomaszerowaliśmy do centrum, gdzie znajdowała się cembrowana studnia.

Studni pilnował stojący w niedbałej pozie, uzbrojony i umundurowany policjant. Dokładniej rzecz biorąc, stał jeszcze tylko przez kolejne kilka sekund, bo prawy sierpowy „Mexa” powalił go na ziemię i pozbawił przytomności. Czapka zsunęła mu się z głowy, a stary karabinek Kałasznikowa upadł z grzechotem na podłoże. Rozgrzany Latynos odpiął magazynek z amunicją, rozłożył broń na czynniki pierwsze i porozrzucał poszczególne części w różnych kierunkach, zabierając ze sobą suwadło z zamkiem.

Wszystko odbyło się bez słów oraz w atmosferze pełnej wzajemnego zrozumienia i tylko oglądająca ten spektakl jednego aktora dziatwa rozbiegła się z piskiem do domostw. Otaksowałem zwycięzcę pełnym uznania spojrzeniem i wyszeptałem: „Mike Tyson…”. Oficer podziękował i pomknęliśmy chyżo do bazy, gdzie nawiązałem łączność telefoniczną ze sztabem i złożyłem precyzyjny meldunek o zajściu samemu dowódcy.

Symbol zwycięstwa dobra nad złem

Dowódca wysłuchał mej gawędy i powiedział drżącym głosem: „Wyraźnie zapewnij mnie, że w żaden czynny sposób nie brałeś udziału w tym… hmm… niefortunnym wydarzeniu!”. Spokojnie odparłem: „Dowódco, no przecież znamy się tyle lat, więc…”. Pryncypał nie pozwolił mi dokończyć zdania i huknął: „Właśnie dlatego, że znam cię tyle lat, żądam, abyś jasno powiedział, że z nikim się nie biłeś i jutro nie wybuchnie jakiś międzynarodowy skandal z tobą w roli głównej!”. Zrobiłem obrażoną minę i rzekłem: „Ja nie biję sie z nikim i jestem spokojnym czło…”. „Dobra, czołem!” – usłyszałem z westchnieniem ulgi po drugiej stronie i „Stary” zakończył rozmowę.

Rozmowę z przełożonym odbył także „Mex”. Amerykański podpułkownik rozkazał mu dopilnować darmowej dystrybucji wody ze studni, więc część jego kompanii zaczęła patrolować wieś. Bandyci w uniformach, przypadkiem tylko zwani afgańską policją, nie odważyli się wejść w otwarty spór z dobrze uzbrojoną i wyszkoloną ekipą.

Przez kolejnych kilka wieczorów przyjeżdżał na swoim motocyklu „Rambo” i donosił, że komendantowi posterunku grozi przeniesienie. Nie ufałem ani jemu, ani jego wiadomościom, ale pewnego popołudnia ze zdumieniem dostrzegłem długi sznur sunących wolno policyjnych pikapów, które, wyładowane dobytkiem po brzegi, zdawały się opuszczać miejscowość na zawsze. Jakiś krewki wartownik wystrzelił długą serię wysoko nad dachami aut, a zielony kolor amunicji smugowej wskazywał, że strzelał Amerykanin, polska amunicja bowiem świeciła na czerwono. To był symbol zwycięstwa dobra nad złem, a ja przez długie lata wspominałem amerykańsko-talibską wojnę o studnię.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE