Amerykańskie lub jakiekolwiek inne obywatelstwo nie może zwalniać instytucji państwa polskiego z obowiązku sprawdzenia osób, które chce się dopuścić do sprawy dotykającej najbardziej żywotnych interesów naszego państwa. Dziwić może brak głębszej czujności u śledczych odpowiedzialnych za wyjaśnienie Smoleńska. Pracują wszak nad sprawą bez precedensu w najnowszej historii Rzeczypospolitej i historii NATO. Winni sprawdzać każdy swój wybór personalny wiele razy. Przy badaniu śmierci polskiej delegacji jakikolwiek kontakt z instytucjami Federacji Rosyjskiej powinien zapalać czerwony alert. A już otwarcie prorosyjska aktywność, w tym taka, która uderza w bezpieczeństwo Polski, musi skutkować natychmiastowym wykluczeniem. Można ubolewać nad tym, iż do czasu zamknięcia tego numeru „Gazety Polskiej” prokuratura w żaden sposób nie ustosunkowała się do informacji opublikowanych przez portal niezalezna.pl (znacząco pogłębionych w tym wydaniu naszego tygodnika), ujawniających silną prorosyjską działalność jednego z ekspertów. Ale ta sprawa dotyczy nie tylko śledczych, lecz także służb specjalnych. Czy jest możliwe, by w tym arcyważnym śledztwie, narażonym na działania sabotażowe, dezinformacyjne czy po prostu szpiegowskie przynajmniej jednego obcego państwa, nie było ochrony kontrwywiadowczej? Jeśli jest – to dlaczego nie zadziałała wobec wyłaniania grona ekspertów? Jeśli nie istnieje – to mamy poważny problem. Jeśli służby specjalne nie były w stanie – nie oszukujmy się, wystarczyła wyszukiwarka Google i w miarę rozgarnięty człowiek do jej obsługi – zidentyfikować ludzi o jawnie prorosyjskim nastawieniu, to jakim cudem udało im się na przykład sprawdzić, że generał Kraszewski daje rękojmię jako osoba mająca dostęp do tajemnic państwa? To są naprawdę poważne pytania. Widać gołym okiem, że w newralgicznych instytucjach państwa pojawiają się rażące deficyty roztropności.
Więcej roztropności
Prokuratura skorzysta z pomocy zagranicznych ekspertów w badaniu przyczyn tragedii 10 kwietna 2010 roku – taką informację podały kilka dni temu media. Towarzyszyła jej lista nazwisk i opisy osiągnięć. Na pierwszy rzut oka sprawa wyglądała bardzo dobrze. Wystarczyła jednak krótka weryfikacja opublikowanych danych, by okazało się, iż w gronie wytypowanych do współpracy są ludzie, których od badania Smoleńska trzeba trzymać jak najdalej.