Na początek krótkie przypomnienie. Po wyborach w 2023 r. opinią publiczną wstrząsnęła tzw. afera wiatrakowa. Komentatorzy śmiali się wówczas, że Platforma Obywatelska i jej koalicjanci poszli na rekord i pierwszy skandal pojawił się jeszcze przed objęciem przez nich władzy. Od wyborów mówiło się o związkach niektórych polityków koalicji z lobby energii odnawialnej. Przykładów relacji personalnych, a nawet rodzinnych przez media przewinęło się całkiem sporo, nie zatrzymało to jednak procesu podporządkowania polityki energetycznej państwa interesom tej konkretnej branży. Krzysztof Bolesta, którego żona pracuje dla potężnego dewelopera morskich farm wiatrowych, nie stracił stanowiska wiceministra klimatu i środowiska. Wystarczy wspomnieć o przyjętym przez rząd projekcie Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu, zakładającym wzrost znaczenia OZE i wygaszanie sektora węglowego bez gwarancji jego zastępowalności.
Powrót afery wiatrakowej
Dosłownie kilka dni temu „Dziennik Gazeta Prawna” opublikował wyliczenia ekspertów wykazujące, że wbrew zapewnieniom rządu konsekwencją wdrożenia w życie dokumentu może być deficyt mocy, a więc brak dostępu do energii przez ok. 7 proc. godzin w ciągu roku. Polskie władze wciąż stawiają na wiatraki w sytuacji, gdy z Zachodu docierają do nas informacje o spadającym zainteresowaniu źródłem energii, które okazuje się drogie, niepewne i wymagające zabezpieczenia w postaci pracy klasycznych elektrowni. Nie brak głosów, że niedawne potężne blackouty w zachodniej części kontynentu spowodowane były właśnie niewydolnością odnawialnych źródeł energii. Tymczasem Polska na niemieckie wiatraki przeznaczyła pierwsze poważne pieniądze z KPO i nie zamierza ustawać w realizacji polityki, z której rezygnują kraje bardziej zamożne i inwestujące w OZE od wielu lat.
Afera wiatrakowa polegała na szybkim procedowaniu ustawy, która formalnie chroniąc Polaków przed podwyżkami cen energii, de facto bardzo radykalnie ułatwiała stawianie wiatraków, znosząc oczekiwane przez ludzi ograniczenia w ich odległości od domów, a nawet, według niektórych ekspertów, otwierała furtkę do dokonywania wywłaszczeń na cele budowy farm wiatrowych. Projekt upadł w atmosferze skandalu, jednak prace nad nim trwały – a obecną ustawę, zawetowaną przez Karola Nawrockiego, uznać należy za naturalną kontynuację tamtego procesu. Ustawa wiatrakowa – bo tak w istocie powinniśmy ją nazywać – jest rodzajem szantażu większości parlamentarnej i rządu nie tylko wobec prezydenta, lecz także społeczeństwa – mówił, ogłaszając weto prezydent Nawrocki. – To rzecz oczywista i emocja oczywista, że ludzie nie chcą mieć przy swoich gospodarstwach domowych 150-metrowych wiatraków – dodał.
Co ciekawe, bardzo podobne stanowisko wbrew swoim kolegom zajął Michał Kołodziejczak, lider Agrounii i były wiceminister rolnictwa, według wielu pierwszy raz od dawna mówiący coś naprawdę sensem. – Mrożenie cen energii to jedno i OK, a drugie to jest ustawa wiatrakowa. Mieszkam między wiatrakami i nie życzę nikomu, żeby mieszkał między fabrykami prądu – ogłosił Kołodziejczak w Polsat News, namawiając głowę państwa do weta. Głos dawnego wiceministra nie był odosobniony, o czym mówił w uzasadnieniu weta Karol Nawrocki. – W tej ustawie nie to najbardziej mnie zaniepokoiło, ale fakt, że wiele ludzi w całej Polsce, wiele gospodarstw rolnych, domowych, wielu społeczników przeciwko tej ustawie protestowało. To rzecz oczywista i emocja oczywista, że ludzie nie chcą mieć przy swoich gospodarstwach domowych 150-metrowych wiatraków. I zmniejszenie odległości, odejście od zasady 10H, zmniejszenie odległości do 500 m nie jest rzeczą akceptowalną społecznie, a ja jestem głosem Polaków. I tak patrzę na wszystkie ustawy, które są mi przedstawiane – argumentował prezydent. Dodatkowo Nawrocki zauważył, że jednym z orędowników tej ustawy i autorem wprowadzonych do niej przez Senat poprawek był skazany właśnie w sądzie pierwszej instancji za korupcję senator KO Stanisław Gawłowski, co również powinno budzić potężne wątpliwości.
Narracja KO a fakty
Rządowa opowieść o jedynie ochronnym charakterze ustawy dość brutalnie rozbija się o rzeczywistość. Zamrożenie cen energii obowiązywałoby jedynie do grudnia, a postawione w ramach nowych przepisów wiatraki byłyby koszmarem dla ludzi i przyrody na długie lata. Zamiast bowiem dbać o ludzi i przyrodę, ekipa Donalda Tuska chce zamienić Polskę w przepłacający za surowce punkt skupu złomu, obsługujący niemieckie korporacje. Obok polityki historycznej to kwestie związane z ekologią i energią odnawialną wydają się dziś najmocniej zorientowane na uleganie naciskom Niemców. To zresztą w zupełności wystarczy, by Berlin osiągał swoje cele. Niemiecka gospodarka znajduje się dziś w bardzo dużym kryzysie, ostatnie dane na jej temat są dla naszego sąsiada naprawdę alarmujące, a kolejne gałęzie przemysłu tracą rentowność i możliwości działania. Przyczynami są oczywiście ekologiczne szaleństwo miejscowej elity politycznej i zapóźnienie cyfrowe tego kraju. Bez prądu lub z prądem, na który nie będzie nas stać, powrócimy do roli ubogiego krewnego. I to, jak wspomniałem wcześniej, rozdającego niemieckim firmom drogie prezenty, na które nas nie stać. Nic więc dziwnego, że otoczenie prezydenta mówi o zagranicznym lobbingu zaszytym w przepisach.
Trzeba też dodać, że nawet niektórzy przedstawiciele większości sejmowej zwracali uwagę na to, iż ustawa stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, lecz jak widać, w agendzie rządu priorytety leżą zupełnie gdzie indziej. Jak na ironię zaś tego samego dnia, w którym Nawrocki zawetował owe przepisy, dowiedzieliśmy się, że Koreańczycy ostatecznie wycofują się z budowy w Polsce elektrowni atomowych. Jako powód podali brak zainteresowania ze strony polskiego rządu. I choć to niejedyna przyczyna, ponieważ firma z Korei ma swoje kłopoty, związane ze sporem z Amerykanami o własność indywidualną, a swoje robi też niestabilna sytuacja polityczna w będącym kilka miesięcy temu areną dziwnego zamachu stanu Seulu, to jest faktem, że gabinet Tuska najwyraźniej nie próbował zatrzymać dotychczasowego partnera biznesowego. Tak jakby – niezależnie już od kwestii finansów i społecznego sprzeciwu – naprawdę całe funkcjonowanie mającego wielkie aspiracje państwa można było oprzeć wyłącznie na wiatrakach.
Nawrocki mówi „sprawdzam”
Prezydent Nawrocki nie ograniczył się jednak do prostego zawetowania ustawy i postanowił wysadzić całą rządową narrację w powietrze. Natychmiast po odrzuceniu przysłanego dokumentu Nawrocki podpisał własny projekt, będący tak naprawdę skopiowanym tekstem rządowym, ale okrojonym do części dotyczącej zamrożenia cen, bez wątpliwych naleciałości i lobbystycznych wrzutek. Jeżeli więc ekipie Donalda Tuska zależy nie tylko na zadowoleniu kilku niemieckich koncernów i ich polskich suflerów, będą mieli wyjątkową szansę – wystarczy szybko procedować propozycję prezydenta. Tak aby nasze rachunki za prąd nie były zagrożone podwyżkami.
Pierwsze sygnały wskazują na to, że rządzącym na tym nie zależy – już raz Szymon Hołownia skierował taki projekt do konsultacji społecznych. Równocześnie należy czekać na kolejne inicjatywy, jak wyjść z systemu ETS, o czym również była mowa w prezydenckim uzasadnieniu weta. Cała Europa cierpi dziś z powodu drogiego prądu, jednak rozwiązanie tego problemu leży dziś nie w rynku, a w rękach polityków. To nie weto prezydenta, a lata zielonego szaleństwa narażają nas na płacenie trudnych do udźwignięcia rachunków.