Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard  Czarnecki
03.03.2023 12:00

Warto docenić Manilę

Amerykanie angażują się w wielką, globalną grę geopolityczną. My w Polsce siłą rzeczy zwracamy uwagę na to, co dzieje się w Europie, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Wschodniej. Warto jednak dostrzec konsekwentne, przyznajmy, budowanie amerykańskiej siły na kontynencie azjatyckim. To logiczne i w dużej mierze oczekiwane, bo właśnie w Azji funkcjonują, stopniowo poszerzające swoje wpływy gospodarcze i polityczne, Chiny.

Warto zwrócić uwagę na to, co dzieje się w Japonii, która najwyraźniej przestraszona systematycznym i relatywnie szybkim wzrostem wpływów Pekinu odeszła od przestarzałych, pochodzących z okresu jeszcze po II wojnie światowej – wówczas, o paradoksie, wymuszonych przez Amerykanów – zapisów konstytucyjnych, które czyniły z niej kraj bez armii, a raczej z jej atrapą w postaci sił terytorialnych. Teraz Kraj Kwitnącej Wiśni zbroi się, buduje silną armię, odczytując chińskie zagrożenie i szukając dla niego remedium w postaci zacieśnienia relacji z Waszyngtonem.

Filipiny bliżej USA

Podobną decyzję podjęły Filipiny, w których będąc, piszę ten tekst. To olbrzymie demograficznie, ale wciąż mało doceniane państwo, jest wśród piętnastki największych pod względem populacji państw globu. 110 mln ludzi to mniej niż 10 proc. potencjału demograficznego Chińskiej Republiki Ludowej, ale już filipińska armia i jej ścisła współpraca z siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych to ważne figury na azjatyckiej szachownicy geopolitycznej.

Waszyngton i Manilę łączy po części wspólna historia. Filipiny to przecież niedawna, przez pół wieku, amerykańska kolonia. Po blisko 380 latach kolonizacji hiszpańskiej rozpoczętej przez portugalskiego podróżnika w służbie króla w Madrycie, Ferdynanda Magellana, przegrana w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej oznaczała scedowanie przez Madryt Filipin na rzecz Waszyngtonu. Filipińczycy, tak jak wcześniej wojowali z Hiszpanami o niepodległość, podnieśli też rękę na USA. Wojna filipińsko-amerykańska na początku XX w. pochłonęła życie nawet do miliona cywilów, przeważnie z powodu chorób i głodu. Amerykanie wygrali, co oczywiste, tę wojnę, ale co więcej: ustanowili kontrolę także nad obszarami górskimi na filipińskich wyspach, które wcześniej nigdy nie dały się podbić Hiszpanii.

W okresie II wojny światowej część Filipińczyków kolaborowała z japońskimi okupantami, tworząc marionetkową Republikę Filipińską, ale większość angażowała się w antyjapońską partyzantkę i to na olbrzymią skalę. Japońska okupacja Filipin była okrutna, pochłaniając pod koniec II wojny światowej aż milion ofiar. Nic dziwnego, że mimo wojny sprzed 100 lat Filipińczycy pamiętają Amerykanom, że to oni zgodzili się w 1946 r. na niepodległość filipińskiego państwa. Stąd też żywa sympatia wobec jankesów.

Polityczne dynastie

Tymczasem Amerykanie stąpają w Azji po polu minowym historii. Jak w jednym sojuszu militarno-politycznym umieścić kraje, które były okupantami (Japonia), i te, które były okupowane (Korea Południowa, Filipiny). Zwłaszcza że Pekin starał się umiejętnie rozgrywać kartę historii, doprowadzając do bilateralnych spotkań z Seulem i eksponując właśnie „wspólnotę losów” w postaci japońskiej okupacji podczas II wojny światowej.

Ze stołecznej Manili w ciągu niespełna dwóch godzin można dolecieć do Tajpej – stolicy Republiki Chińskiej, bo tak brzmi oficjalna nazwa Tajwanu. Dla prezydenta Ferdinanda Marcosa Jr., który wygrał ubiegłoroczne wybory prezydenckie, uzyskując przy prawie 90 proc. frekwencji 59 proc. głosów, zagrożenie ze strony Chin nie jest abstrakcją. Marcos to syn filipińskiego dyktatora, który rządził tym krajem przez 21 lat. Funkcjonowanie klanów politycznych, na poziomie szczególnie lokalnym, ale także centralnym, to tutejsza norma, choć przecież występująca także w innych krajach kontynentu.
Ciekawe, że wiceprezydentem u Marcosa Jr. jest… córka poprzedniego prezydenta Filipin, Sara Duterte-Carpio. Prezydent Marcos jest proamerykański jak jego poprzednik. Co prawda nie śpiewa serenad na cześć Donalda Trumpa jak Rodrigo Duterte (to nie metafora – tak się zdarzyło!), ale wie, że Manila wykupi swoistą polisę ubezpieczeniową dzięki sojuszowi z największym mocarstwem świata, które jest w kontrze do mocarstwa numer 2, w którego cieniu leżą wyspy składające się na Filipiny. Marcos wierzy, że dzięki jego proamerykańskiej polityce już nie powtórzą się upokarzające ostrzeliwania i zajmowanie przez Chińczyków filipińskich statków i okrętów. Już dzisiaj Waszyngton i Manila przeprowadzają wspólne manewry morskie.

Możemy pukać się w czoło, czytając wypowiedzi poprzedniego prezydenta Filipin, którego kadencja skończyła się raptem osiem miesięcy temu. Człowiek, który mówił: „Hitler zamordował 3 mln Żydów. W naszym kraju są 3 mln narkomanów. Byłbym szczęśliwy, gdybym ich wymordował”, nie przysłużył się wizerunkowi Filipin na arenie międzynarodowej, ale dzięki takim bon motom Rodrigo Duterte miał 80 proc. (sic!) poparcia – a politykę międzynarodową robił akurat prozachodnią i proamerykańską. Potrafił przekonać do siebie ekscentrycznego Trumpa, może dlatego, że sam był… jeszcze bardziej ekscentryczny. Można uważać go za chama i prostaka (publicznie, w stylu garnizonowym zachwalał dobroczynny wpływ viagry na swoje możliwości), ale trzeba przyznać, że to on postawił na Amerykanów, a jego politykę kontynuuje syn dawnego dyktatora z córką niedawnego prezydenta.

Manila z Waszyngtonem i Warszawą

Na forum ONZ Filipiny głosują zawsze razem z Zachodem. W ciągu ostatniego roku podczas pięciu głosowań w sprawie Rosji Manila głosowała identycznie jak Warszawa i Waszyngton. Jest dla mnie równie zaskakujące, co niepokojące, że Unia Europejska z tym sojusznikiem Zachodu nie była w stanie podpisać wieloletniej umowy gospodarczej analogicznej do tej, jaką Bruksela podpisała z nieodległym Wietnamem. Bardzo dobrze, że Komisja Europejska zdecydowała się na zbliżenie z Hanoi – mimo że są tam więźniowie polityczni, a katolicy mają ciężkie życie. Dlaczego zatem podnosi się kwestię więźniów politycznych w kontekście Filipin jako powód (pretekst?), aby owej ramowej umowy gospodarczej nie wprowadzić w życie? Unia powinna ściślej współpracować z krajami, które prowadzą na arenie międzynarodowej politykę zbliżoną do polityki zagranicznej Zachodu.

Obecny prezydent Filipin Ferdinand Marcos Jr. nie wyśmiewa się z „New York Timesa”, jak to czynił jego poprzednik Rodrigo Duterte, i nie każe Bidenowi iść do diabła, jak czynił to Duterte w przypadku Obamy („Mr. Obama, you go to hell”). Niechęć Duterte’a do liberalno-lewicowego establishmentu USA wynikała z ataków na niego, a nie była przejawem antyamerykanizmu. Jednak w czasach olbrzymich zmian Biały Dom woli bardziej powściągliwego i umiarkowanego władcę w Manili jak Marcos.

Dla Polski najważniejsze jest, aby ten trzeci co do liczby katolików kraj na świecie (przed nim są tylko Brazylia i Meksyk) i jedno z trzech państw o największej populacji mówiącej po angielsku (obok USA i Indii – angielski jest tu językiem oficjalnym, mówią tu nim w zasadzie wszyscy, co też stwarza podstawę do bliższych politycznych relacji z Waszyngtonem) głosowało w sprawach Rosji na forum ONZ jak my. I tak się dzieje...

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE