Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard  Czarnecki,
03.03.2022 09:00

USA: zwrot w prawo?

Podróże kształcą – zwłaszcza do Waszyngtonu. W ostatnich dniach swój polityczny pobyt w amerykańskiej stolicy opisałem w artykule „W Waszyngtonie o współpracy transatlantyckiej” („Gazeta Polska Codziennie” z 24 lutego 2022 r.), teraz garść konkluzji po tej wizycie. 

Moja podróż nastąpiła w czasie, w którym doszło do militarnej agresji Rosji na Ukrainę. Skądinąd warto powiedzieć, że stanowisko USA wobec obu tych państw wyraźnie ewoluowało w ciągu ostatniego roku. 

Rosyjskie wahadło Bidena 

Ekipa Josepha Robi­nette’a Bidena już wiosną 2021 r. poszła na rękę Moskwie w sprawie układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Charakterystyczne, że w tej sprawie Trump i jego administracja byli znacznie twardsi. Latem ubiegłego roku nastąpił nieszczęsny szczyt Biden–Putin w Genewie, zakończony w praktyce spektakularnym wizerunkowym i merytorycznym zwycięstwem Kremla. 

Był to następny krok w kierunku kolejnego resetu w relacjach amerykańsko-rosyjskich. W czerwcu nastąpiły jednoznaczne deklaracje samego Bidena, ale także sekretarza stanu Anto­ny’ego Blinkena odnośnie do akceptacji przez USA Nord Streamu 2. To również była istotna różnica, gdy chodzi o stosunek do Moskwy w porównaniu z republikańską administracją Donalda Johna Trumpa. 

Potem nastąpiły kolejne szczyty USA–Rosja zarówno telefoniczne, jak i osobiste (jeszcze jedno spotkanie lokatorów Białego Domu i Kremla). Jednak trzeba przyznać, że powoli następował już odwrót resetu. Zaczęło się to mniej więcej od października/listopada, kiedy amerykański wywiad zaczął informować administrację demokratów o rosnącym zagrożeniu rosyjską napaścią na wschodzie Europy. 

Informacje te zaczęły z czasem być przekazywane – jak słyszymy – do Kijowa. Może dlatego w czasie mojej wizyty w stolicy Stanów Zjednoczonych Ameryki codziennie pojawiało się pytanie, dlaczego prezydent Wołodymyr Zełenski, mając świadomość zbliżającego się nieuchronnie ataku wojsk rosyjskich, zwlekał z ogłoszeniem powszechnej mobilizacji na Ukrainie. Zwlekał, aż w końcu ogłosił ją dopiero… po agresji rosyjskiej na ukraińskie terytorium. Po drugiej stronie Atlantyku nie umiano odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego nastąpiło to tak późno. Zresztą najwięksi sojusznicy polityczni Ukrainy w Europie, łącznie z politykami polskimi, też do dziś nie są w stanie sobie na to pytanie odpowiedzieć. 

Republikanie w natarciu

Mieliśmy spotkanie w Białym Domu, w Departamencie Stanu (odpowiednik naszego MSZ) i Departamencie Homeland Security (odpowiednik polskiego MSW), a także z wieloma fundacjami i think tankami związanymi zarówno z Partią Demokratyczna, jak i Partią Republikańską. 

Następnie udałem się na coroczną konferencję republikanów, która odbywa się zawsze pod koniec lutego. Nosi ona nazwę Conservative Political Action Conference (CPAC). W ostatnich latach miała ona miejsce w stanie Maryland na granicy ze stanem Waszyngton Dystrykt Centralny. Tym razem odbywała się w Orlando. Kolejna, mniejsza odbędzie się w sierpniu w jakże republikańskim stanie Teksas. 

Ów CPAC, określany często mianem republikańskiej konwencji, gromadzi generalnie prawe skrzydło republikanów. Już czwarty raz byłem na owym politycznym szczycie formacji, której symbolami są słoń i kolor niebieski, w odróżnieniu od Partii Demokratycznej symbolizowanej przez osła (sic!), oraz kolor nomen omen czerwony. Pamiętam CPAC z różnych czasów. Na przykład z 2016 r., gdy nie zaproszono wówczas – było to w trakcie prawyborów u republikanów i demokratów – pretendenta na kandydata na prezydenta niejakiego Donalda Johna Trumpa. Nie zaproszono, bo prawica republikanów jednoznacznie popierała bądź senatora Teda Cruza, bądź senatora Marco Rubio (syna kubańskich imigrantów). Trump był wówczas w praktyce persona non grata i nie przyjechał do Marylandu, żeby nie zostać wygwizdany czy wybuczany. 

Republikańska łaska jednak na pstrym koniu jeździ: już na oficjalnej konwencji formalnie zgłaszającej zwycięzcę prawyborów Donalda Johna Trumpa na oficjalnego kandydata republikanów na prezydenta w sierpniu 2016 r., a więc raptem kilka miesięcy później, jego przeciwników protestujących przeciwko tej nominacji zagłuszano głośnym skandowaniem „Yu-Es-Ej” (USA). 

Byłem też na kolejnej konwencji, tuż po zwycięskich wyborach, gdy przemawiał czterdziesty piąty w dziejach prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, zresztą poprzedzony wystąpieniem swojego wiceprezydenta Michaela (Mike’a) Richarda Pence’a. Ostatnio nawet pandemia nie przerwała funkcjonowania CPAC: odwołano w 2020 r. wyborczą konwencję republikanów (tak jak i demokratów), ale CPAC odbył się jak zwykle. 

Po ukradzionym – jak twierdziła niemała część republikańskich polityków, a przede wszystkich wyborców – zwycięstwie w wyborach prezydenckich sam Trump na kolejnej Conservative Political Action Conference w lutym 2021 r., był przygaszony do tego stopnia, że spóźnił się aż trzy godziny, a potem nawet unikał rozmów ze swoimi zwolennikami, zresztą nastoje republikanów były minorowe. 

A może znowu... Trump?

Teraz to się zmieniło. Eksprezydent Trump wygłosił przeszło godzinne przemówienie, przyjęte owacyjnie i wielokrotnie przerywane oklaskami. Odniósł się w nim zarówno do podwyżek cen paliw w USA, amerykańskiej inflacji, utraty miejsc pracy, jak i do znaczącego raptem w ciągu roku spadku znaczenia USA w świecie. 
Ciekawe, że jego wystąpienie było skierowane nie tylko przeciwko wyśmiewanemu przez niego Bidenowi, ale również w jakieś mierze przeciwko establishmentowi Partii Republikańskiej. Trump pozwalał sobie na przykład na krytykę nie tylko prezydentów z Partii Demokratycznej: Obamy i Bidena, ale także republikanina George’a Walkera Busha (juniora). Trafiał w ten sposób w popularną wśród przeciętnych Amerykanów narrację o skorumpowanej klasie politycznej w Waszyngtonie, która niezależnie od barwy politycznej zdecydowanie różni się od zwykłych Amerykanów z prowincji, obrońców tradycyjnych wartości. 

Gdy chodzi o politykę zagraniczną, Donald Trump efektownie podkreślił, że tylko za jego prezydentury Rosja nie zaatakowała żadnego kraju, a uczyniła to za George’a W. Busha (napaść na Gruzję w sierpniu 2008 r.), za prezydentury Baracka H. Obamy (zajecie Krymu i faktyczne oderwanie części terytorium Ukrainy Wschodniej – zima 2014 r.) i za prezydentury Josepha (Joe) R. Bidena (napaść na Ukrainę w lutym 2022 r.). W ten sposób Donald J. Trump usiłował zapewne przykryć swoją niewątpliwą megagafę polegającą na określeniu Putina mianem „geniusza”. 

Wybory 2022, preludium do wyborów w 2024 r.

Na CPAC rozmawiałem zarówno z kongresmenami, jak i ze zwykłymi działaczami z amerykańskiej prowincji, którzy nawet nie byli zaproszeni na elitarny Ronald ­Reagan Dinner. Tych drugich prosiłem o podanie mi nazwiska przyszłego kandydata na prezydenta USA z ramienia republikanów, oczywiście, jeśli nie będzie to Donald Trump. Padło parę nazwisk, kompletnie w Polsce nieznanych, ale mających już dziś spory mir wśród republikańskich aktywistów. Nie wymieniano jednak na przykład Rona DeSantisa (gubernatora Florydy), którego dzisiaj część republikańskiej elity widzi jako kandydata w wyborach prezydenckich w 2024 r. 

Już w listopadzie odbędą się midterm elections, czyli rotacyjne wybory do obu izb Kongresu USA. W Izbie Reprezentantów prawie na pewno republikanie zdobędą większość, w Senacie mają na to także niemałe szanse – choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się to równie oczywiste jak w przypadku izby niższej. 

W polityce wewnętrznej USA robi się coraz ciekawiej.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE