Gdy 40 lat temu nad Polską zapanowała noc stanu wojennego, sytuacja na świecie była pod pewnymi względami lepsza. W Stolicy Apostolskiej zasiadał papież Polak, papież Słowianin. Głos Kościoła liczył się bardziej niż teraz, zwłaszcza że Jan Paweł II miał charyzmę i odwagę, by „wtrącać się do polityki”. Oczywiście, dziś wiemy, że już wtedy sytuacja Kościoła nie była dobra, a sam św. Jan Paweł II często otoczony był wilkami. Ale z tamtejszej perspektywy Kościół był potęgą, przed którą drżeli nawet komuniści. I to w sensie dosłownym – gdy w 1983 r. Jan Paweł II przyjechał z pielgrzymką do ojczyzny i spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, temu naprawdę drżały nogi.
Kościół wycofany, zahukany i w defensywie
Miażdżona Solidarność od razu uzyskała wsparcie Kościoła, od materialnego po kulturowe. Zarówno Kościoła w Polsce, jak i Stolicy Apostolskiej, która była orędownikiem prześladowanych za żelazną kurtyną. Jakiż to kontrast z dzisiejszym milczeniem Stolicy Apostolskiej wobec prześladowań Białorusinów i tych odważnych Rosjan, którzy stanęli po stronie prawdy. A przypomnijmy, wielu z tych prześladowanych na Wschodzie motywowanych jest wiarą – katolicką lub prawosławną.
Stolica Apostolska ostrożnie obchodzi się też z reżimem chińskim, nie słychać jej mocnego głosu w sprawie prześladowania tamtejszych chrześcijan, nie mówiąc już o Ujgurach. Zamiast tego są próby ułożenia się z komunistami w sprawie statusu Kościoła w ChRL.
Przykładów wycofywania się, nadmiernej ostrożności dzisiejszego Kościoła jest wiele, można by je mnożyć. Stolica Apostolska i niektórzy biskupi częściej łajają katolików (słusznie lub niesłusznie) i przedstawiają się jako rzecznicy migrantów. To bezpieczne medialnie i politycznie.
Mam niestety wrażenie, że to wszystko jest wyrazem pewnej słabości poznawczej, zagubienia w chaosie współczesności i poczucia słabości (zarówno słabości samego Kościoła, jak i słabości Zachodu, którego Kościół jest jedną z emanacji), a więc płynącej z niej nadmiernej ostrożności. Kościół został też zapędzony do kąta niejako na własne życzenie nierozliczeniem afer pedofilskich i finansowych. Jest bezradny wobec postępującej erozji wartości na Zachodzie i neoliberalizmu, jaki za nim stoi. Nie ma odwagi bądź nie potrafi promować nauki społecznej Kościoła w przestrzeni publicznej. My wszyscy zresztą jako katolicy przykładamy się do tej słabości. Choćby za mało modlimy się za pasterzy, mało odwołujemy się do nauki społecznej Kościoła.
Słaby, pozbawiony wizji Zachód
À propos świeckiego Zachodu – w 1981 r. miał wielkich przywódców, co też budziło nadzieję wśród prześladowanych, ukrywających się, zabijanych, katowanych, uwięzionych ludzi Solidarności i innych dysydentów z Europy Środkowej i Wschodniej. Prezydent USA Ronald Reagan nie ukrywał, że jego celem jest rzucenie ZSRS na kolana. Nieco mniej radykalna, ale współpracująca z nim była premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. Nawet Niemcy i Francja miały prawdziwe osobowości jako liderów. Dziś, po wielu latach, widzimy, że polityka gospodarcza Reagana i Thatcher, potem przyjęta w dużej mierze na całym Zachodzie, miała swoje poważne minusy. Ale wówczas, w latach 80., Zachód jeszcze naprawdę imponował rozmachem i dynamizmem. Był jak „świecące miasto na wzgórzu” dla umęczonych za żelazną kurtyną.
Dziś Zachód jest w totalnej defensywie. Skłócony, w ślepej uliczce gospodarczej i ideowej, z rozbitymi rodzinami i innymi wspólnotami, z poczuciem braku sensu i wiary w siebie samego (cancel culture), z miernotami na czele. Dla porównania: Ronald Reagan w swojej drugiej kadencji też miewał, delikatnie mówiąc, kłopoty z koncentracją, jak dziś Joe Biden. Ale miał wokół siebie prawdziwych fachowców od polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, którzy de facto doprowadzili do upadku ZSRS i komunizmu w Europie Środkowej.
Wówczas termin „prawa człowieka” naprawdę coś znaczył. Oczywiście, już pojawiały się tzw. prawa człowieka nowej generacji (jak aborcja na życzenie), ale najważniejsze wciąż były te zawarte w deklaracji ONZ i umowach międzynarodowych. ZSRS musiał się gimnastykować i gęsto tłumaczyć z prześladowań. Solidarność była inspiracją dosłownie dla całego świata. Na Zachodzie wyznawała jej miłość zarówno lewica, jak i prawica. I wiele dla niej robiono.
Imperium zła kontratakuje
Dziś Rosja Putina jest wręcz dumna i zadowolona, że likwiduje opozycję, a Zachód poza rytualnymi słowami potępienia i połowicznymi sankcjami i tak robi z nią interesy. I ustępuje zarówno Rosji, jak i innym wrogom na niemal wszystkich frontach, od gospodarczych po militarne. Kompromitujące wycofanie z Afganistanu (nie chodzi o to, że do niego doszło, ale o to, jak wyglądało) jeszcze przyspieszyło procesy gnilne.
W Rosji i na Białorusi liczba więźniów politycznych liczona jest w tysiącach. W ZSRS Breżniewa i innych krajach podległych ZSRS było podobnie, ale świat naprawdę interesował się ich losem. Trafiali nawet do popkultury. Dziś większe jest zainteresowanie cierpieniami na pluszowym krzyżu różnych mnożących się coraz bardziej mniejszości zamieszkujących wciąż syty świat Zachodu. Romantycznymi bohaterami dla zachodniego świata nie są bojownicy o wolność wobec reżimów autorytarnych i totalitarnych, lecz nielegalni migranci lub różni performerzy eksponujący swoje często wymyślone cierpienia i zbijający na tym kapitał, także polityczny. Co do migrantów, nie chodzi o to, żeby się nimi nie zajmować, ale o to, że brakuje powszechnie uznanej diagnozy, że problemem są nierówności w świecie, a nie to, że parę zachodnich krajów nie chce przyjąć milionów ludzi.
Wracając do dysydentów – kogo, poza niektórymi politykami i zainteresowanymi Wschodem, obchodzi dziś Aleksiej Nawalny albo niszczony w nieludzki sposób historyk rosyjskiego Memoriału Jurij Dmitriew? Albo Andżelika Borys i Andrzej Poczobut? Albo Siergiej Tichanowski? To nie są tak sławni ludzie, jak kiedyś Aleksandr Sołżenicyn, Andriej Sacharow, Lech Wałęsa czy Anna Walentynowicz.
Pandemia i infodemia
Do tego wszystkiego dochodzi pandemia koronawirusa, która dodatkowo dewastuje instytucje, społeczeństwa, politykę i finanse, a na domiar złego staje się polem i narzędziem wojen informacyjnych. Zachód też tę walkę przegrywa. Równolegle trwa infodemia, chore komórki dezinformacji, na turbodoładowaniu turbokapitalizmu cyfrowego, niszczą prawdziwe media i informację.
Jedno, co jest lepsze niż wtedy, to niepodległość Polski i innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Są pod potężnym naciskiem (w różnych sprawach) zarówno ze Wschodu, jak i Zachodu, ale starają się, jak mogą, zawalczyć o swój los, a nawet los sąsiadów. To one są być może ostatnią nadzieją Zachodu. Za wartości europejskie nie ginęli żadni Holendrzy, Niemcy ani Włosi, ale Ukraińcy i Białorusini. Polska i kraje bałtyckie robią najwięcej dla Białorusi i Ukrainy. Litwa naraziła się do tego potężnym Chinom, uznając Tajwan. Polska przyjęła najwięcej uchodźców z Białorusi i mobilizuje świat w obronie Ukrainy. Polska, Litwa i Łotwa przy wsparciu Estonii niemal same walczą z hybrydowym atakiem Łukaszenki na granice UE i NATO.
Prawdziwe źródło nadziei
Historia i teraźniejszość uczą jednak, by nie pokładać zbytniej nadziei w politykach i instytucjach ziemskich. Nawet jeśli trafią się najlepsi, niedoskonałość natury ludzkiej jest taka, że wyniki ich zwycięstw mogą być zaprzepaszczone. Częściej nie można liczyć na naprawę świata przez ziemskie siły. I to jest ten moment.
Święta Bożego Narodzenia przypominają nam, że największą nadzieję powinniśmy pokładać w nadejściu Jezusa. Chrześcijanie wierzą, że dosłownie przyjdzie Pan i odnowi Ziemię i dusze ludzkie. I o to się modlą. Niewierzący, ale wyznający wartości, na których zbudowana jest nasza cywilizacja, mogą pokładać nadzieję w tym, że na świat powrócą piękno, dobro i prawda, których przecież tak dziś brakuje. Nie trzeba być chrześcijaninem, aby wierzyć, że Jezus (rozumiany przez nich jako wzór do naśladowania i nauczyciel), chrześcijaństwo, razem z dorobkiem starożytnej Grecji i Rzymu i wynikającymi z nich zasadami porządkują chaos świata. I że tylko to może uratować przed siłami ciemności.